Chiquitanos. Rdzenni mieszkańcy wschodniej Boliwii

Kasper Mariusz Kaproń OFM
rece­ived: 11.08.2016 | publi­shed onli­ne: 21.10.2019
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/au4uez

Boli­wia powszech­nie uwa­ża­na jest za „naj­bar­dziej indiań­ski kraj świa­ta”. Według ostat­nie­go powszech­ne­go spi­su lud­no­ści z 2012 roku kraj ten zamiesz­ku­je ponad 10 mln ludzi, z cze­go zde­cy­do­wa­na więk­szość to lud­ność auto­chto­nicz­na. Kon­sty­tu­cja poli­tycz­na Boli­wii z 2009 roku w peł­ni respek­tu­je pra­wa lud­no­ści rdzen­nej, co zosta­ło zawar­te w IV roz­dzia­le Pra­wa Naro­dów i Ludów Tubyl­czych (art. 30–32) (Dere­chos de las Nacio­nes y Pueblos Indíge­na Ori­gi­na­rio Cam­pe­si­nos). Przed­sta­wi­cie­lom tych spo­łecz­no­ści zagwa­ran­to­wa­no na przy­kład sta­łą licz­bę miejsc w par­la­men­cie, został w peł­ni uzna­ny sys­tem praw­ny ludów tubyl­czych, któ­ry zrów­na­no w skut­kach z ofi­cjal­nym sys­te­mem praw­nym i sądow­ni­czym Boli­wii, wska­za­no na pra­wo do auto­no­mii ludów tubyl­czych, respek­tu­jąc ich sys­tem orga­ni­za­cji spo­łecz­nej, oraz nada­no im na wyłącz­ność bogac­twa leśne nale­żą­ce do wspól­not. W art. 5 Usta­wy zasad­ni­czej wymie­nia się 36 języ­ków uży­wa­nych przez poszcze­gól­ne gru­py etnicz­ne i ludy zamiesz­ku­ją­ce Boli­wię [1], któ­re sta­ły się ofi­cjal­ny­mi języ­ka­mi tego pań­stwa. W ten spo­sób ofi­cjal­nie uzna­je się, że aktu­al­nie tery­to­rium Wie­lo­na­ro­do­wo­ścio­we­go Pań­stwa Boli­wii zamiesz­ku­je 36 rdzen­nych grup tubyl­czych cha­rak­te­ry­zu­ją­cych się wła­sną histo­rią, kul­tu­rą, świa­tem wie­rzeń i wła­snym języ­kiem.

Naj­waż­niej­szą gru­pą lin­gwi­stycz­ną jest gru­pa Keczua (Quechua). Według ofi­cjal­nych danych od 30 do 33% miesz­kań­ców Boli­wii mówi tym języ­kiem. Lud­ność Keczua zamiesz­ku­je głów­nie tery­to­rium depar­ta­men­tów Cocha­bam­ba, Sucre, Chu­qu­isa­ca i Poto­sí, a w mniej­szej licz­bie tak­że La Paz i Oru­ro. Dru­gą co do wiel­ko­ści gru­pą tubyl­czą są Ajma­ro­wie, któ­rzy zamiesz­ku­ją w szcze­gól­no­ści tery­to­rium pła­sko­wy­żu depar­ta­men­tów La Paz, Oru­ro i Poto­sí, jak rów­nież zbo­cza Cor­dil­le­ra Real. Według danych powszech­ne­go spi­su lud­no­ści z 2012 roku lud­ność Keczua liczy oko­ło 1,3 mln miesz­kań­ców, a lud­ność Ajma­ra 1,2 mln. Odno­śnie do dru­giej z wymie­nio­nych grup nale­ży pod­kre­ślić, że sta­no­wi ona aktyw­ny ele­ment boli­wij­skie­go naro­du i pań­stwa nie tyl­ko ze wzglę­du na swo­ją prze­wa­gę licz­bo­wą, lecz rów­nież ze wzglę­du na wpływ, któ­ry wywie­ra we wszyst­kich prze­ja­wach życia poli­tycz­ne­go Boli­wii.

Tery­to­rium, któ­re zaj­mu­je gru­pa Keczua-Ajma­ra, sta­no­wi oko­ło 30% całej powierzch­ni Boli­wii i są to gru­py naj­bar­dziej zna­ne ze wszyst­kich zamiesz­ku­ją­cych roz­le­głe tery­to­rium kra­ju. Wie­dza na temat kul­tu­ry tych ludów, ich kosmo­lo­gii czy struk­tu­ry spo­łecz­nej jest ogól­nie dostęp­na i roz­po­wszech­nio­na tak­że w Euro­pie. Zupeł­nie ina­czej przed­sta­wia się sytu­acja w odnie­sie­niu do grup etnicz­nych zamiesz­ku­ją­cych obsza­ry tro­pi­kal­nej dżun­gli i dorze­czy Ama­zon­ki, tzn. tery­to­rium depar­ta­men­tów San­ta Cruz, Beni, Pan­do. Naj­licz­niej­szą gru­pę etnicz­ną tego obsza­ru sta­no­wią Chi­qu­ita­nos [2], któ­rych licz­ba według spi­su lud­ność z 2012 roku wyno­si 87 885 osób, jed­nak­że dane Naro­do­we­go Insty­tu­tu Sta­ty­stycz­ne­go (Insti­tu­to Nacio­nal de Esta­dísti­ca) poda­ją licz­bę 142 822, co sta­no­wi 1,24% całej popu­la­cji Boli­wii (Díez Aste­te 2014: 385–391). Dodat­ko­wo Chi­qu­ita­nos to nie tyl­ko naj­licz­niej­sza gru­pa rdzen­nych miesz­kań­ców boli­wij­skie­go wscho­du, ale tak­że jest to gru­pa, któ­rej histo­ria i tra­dy­cje zosta­ły w spo­sób naj­peł­niej­szy udo­ku­men­to­wa­ne. Wyni­ka to z fak­tu, że już w XVII wie­ku przy­by­li na tere­ny zamiesz­ki­wa­ne przez Chi­qu­ita­nos jezu­ici, któ­rzy stwo­rzy­li sys­tem ośrod­ków misyj­nych zwa­nych reduk­cja­mi [3]. Doku­men­ty odno­szą­ce się do misji pro­wa­dzo­nych wśród Chi­qu­ita­nos, na któ­rych opar­ty jest niniej­szy arty­kuł, zosta­ły spo­rzą­dzo­ne w trak­cie pro­wa­dze­nia misji. Nato­miast doku­men­ty odno­szą­ce się do Guara­ni z Para­gwa­ju pocho­dzą ze sto­sun­ko­wo póź­ne­go okre­su, są współ­cze­sne histo­rycz­nym wyda­rze­niom. Rela­ción de las Misio­nes de indios Chi­qu­ita­nos autor­stwa Juana Patri­cio Fer­nán­de­za z 1726 roku jest świa­dec­twem doświad­czeń prze­ży­tych na tere­nie misji, podob­nie jak rela­cja Julia­na Kno­gle­ra [4] oraz listy Mar­ti­na Schmi­da [5].

Nale­ży tak­że wska­zać na pew­ną uni­ka­to­wość i żywot­ność tra­dy­cji Chi­qu­ita­nos. Po wyda­rze­niach z roku 1767 i wyda­le­niu jezu­itów misje wśród Guara­ni opu­sto­sza­ły, a same obiek­ty z bie­giem cza­su obró­ci­ły się w ruinę. Tym­cza­sem reduk­cje boli­wij­skie­go wscho­du, pomi­mo zmie­nia­ją­cych się warun­ków, prze­trwa­ły do dnia dzi­siej­sze­go tak w wymia­rze mate­rial­nych obiek­tów, jak i kul­tu­ry nie­ma­te­rial­nej (muzy­ka, obrzę­do­wość, tra­dy­cje). To wła­śnie przez fakt histo­rycz­nej cią­gło­ści są one wspa­nia­łym mate­ria­łem do badań dla antro­po­lo­gów, etno­lo­gów, histo­ry­ków, muzy­ko­lo­gów, archi­tek­tów i histo­ry­ków sztu­ki.

Celem pre­zen­to­wa­ne­go arty­ku­łu jest zapo­zna­nie pol­skie­go czy­tel­ni­ka z dzie­ja­mi rdzen­nych miesz­kań­ców boli­wij­skiej stre­fy tro­pi­kal­nej, odtwo­rzo­nej na pod­sta­wie archi­wal­nych doku­men­tów misyj­nych począw­szy od XVI wie­ku.

[1] Zapis brzmi: „Ofi­cjal­ny­mi języ­ka­mi Pań­stwa jest hisz­pań­ski i wszyst­kie języ­ki naro­dów i tubyl­czych ludów indiań­skich, któ­ry­mi są ayma­ra, ara­ona, bau­re, bési­ro, cani­cha­na, cavi­ne­ño, cay­uba­ba, cháco­bo, chi­mán, ese ejja, guara­ní, guarasu’we, guarayu, ito­na­ma, leco, macha­juy­ai-kal­la­waya, machi­ne­ri, maro­pa, moje­ño-tri­ni­ta­rio, moje­ño-igna­cia­no, moré, mose­tén, movi­ma, paca­wa­ra, puqu­ina, quechua, sirio­nó, taca­na, tapie­te, toro­mo­na, uru-chi­paya, ween­hay­ek, yami­na­wa, yuki, yura­ca­ré i zamu­co”.
[2] Insty­tut Geo­gra­fii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk w publi­ka­cji z roku 1955 zapro­po­no­wał pol­ską nazwę Czi­ki­to­wie. (Pol­ska Aka­de­mia Nauk 1955: 27). Spo­lsz­czo­na nazwa nie jest jed­nak uży­wa­na, dla­te­go też posta­no­wio­no w niniej­szym arty­ku­le zacho­wać ory­gi­nal­ną pisow­nię hisz­pań­ską.
[3] Zob. dalej.
[4] Julian Kon­gler żył w latach 1717–1772, cyto­wa­na rela­cja pocho­dzi z lat jego pra­cy na misjach. W 1755 roku zało­żył reduk­cję w San Ana.
[5] Listy Mar­ti­na Schmi­ta były pisa­ne w latach 1726–1764, ich autor żył w latach 1694–1772.

Czy­taj dalej:
http://indigena.edu.pl/6/Chiquitanos._Rdzenni_mieszkancy_wschodniej_Boliwii_-_Kasper_Mariusz_Kapron_OFM.pdf

Przedmowa do artykułu Carmen Aguilery „Otomi, obrońcy granic. Przypadek Tlaxcali”

Ceza­ry Cie­ślak
rece­ived: 17.07.2014 | publi­shed onli­ne: 10.10.2019
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/5brbez

Arty­kuł Car­men Agu­ile­ry [1] pre­zen­tu­je zapo­mnia­ny ele­ment woj­sko­wo­ści Mezo­ame­ry­ki, pod­kre­śla­jąc rolę, jaką odgry­wa­li wojow­ni­cy z ludu Oto­mi [2]. Zapi­sa­li się oni w histo­rii, mię­dzy inny­mi peł­niąc funk­cję obroń­ców gra­nic, np. w pań­stwie Tara­sków (Has­sig 1992: 254), czy – jak uka­zu­je to poniż­szy arty­kuł – gra­nic pre­ko­lum­bij­skiej Tla­xca­li. Oto­mi w for­mie roz­pro­szo­nej zamiesz­ki­wa­li środ­ko­wy Mek­syk, nato­miast w zagęsz­czo­nej pogra­ni­cze pań­stwa Mexi­ków, Tara­sków oraz Met­zi­tlánu. Z cza­sem część ich spo­łecz­no­ści ule­gła asy­mi­la­cji, głów­nie z lud­no­ścią mówią­cą w nahu­atl, cze­go pozo­sta­ło­ścią są topo­ni­my na zie­miach zamiesz­ka­łych przez Nahua, np. Otom­pan (obec­nie Otum­ba). Oto­mi sami nazy­wa­li sie­bie ina­czej. Dys­po­nu­je­my kil­ko­ma spo­so­ba­mi zapi­su: ñähñu, hñätho, hñähñu, jak rów­nież ñätho i ñähño (Bar­rien­tos López 2004, More­no Alcán­ta­ra 2006). W momen­cie przy­by­cia Hisz­pa­nów do dzi­siej­sze­go Mek­sy­ku Oto­mi nie two­rzy­li samo­dziel­nych, sil­nych orga­ni­zmów pań­stwo­wych na mia­rę Mexi­ków, Tara­sków czy Mixte­kow. Jed­nak­że za spra­wą swo­ich umie­jęt­no­ści na polu wal­ki byli ich istot­nym kom­po­nen­tem. Zasły­nę­li m.in. z noc­nych ata­ków, co było w Mezo­ame­ry­ce rzad­ko­ścią (Has­sig 1988: 95). Z uwa­gi na doświad­cze­nie wojen­ne, a tak­że roz­pro­szo­ny cha­rak­ter ich zamiesz­ki­wa­nia, zaj­mo­wa­li się służ­bą przy­gra­nicz­ną. Mie­li za zada­nie strzec gra­nic przed nagły­mi ata­ka­mi, sta­no­wiąc pierw­szą linię obro­ny. Z per­spek­ty­wy histo­rii pol­skiej woj­sko­wo­ści może­my ich przy­rów­nać do Kor­pu­su Ochro­ny Pogra­ni­cza z okre­su II Rze­czy­po­spo­li­tej. Z powo­du tak zna­czą­cych walo­rów wojen­nych jeden z „zako­nów” w Tenoch­ti­tla­nie nazwa­no oto­mitl (lm. oton­tin), jed­nak­że zło­żo­ny był on wyłącz­nie z miej­sco­wych, a nie wła­ści­wych Oto­mi. Jed­no­cze­śnie, mimo ich sła­wet­nej walecz­no­ści, Mexi­ko­wie trak­to­wa­li ich lek­ce­wa­żą­co (Ber­dan 1992: 376, 393; Has­sig 1992: 250). Jed­nak­że nie doty­czy­ło to wszyst­kich Oto­mi. Część z nich mia­ła osią­gać sta­tus tla­ca­ne­mi­liz­tli, czy­li „ludz­ki [cywi­li­zo­wa­ny] spo­sób życia” (Ber­nar­di­no de Saha­gún, cyt. za: Olko 2010: 139–140).

[1] War­to napi­sać kil­ka słów o for­mie tek­stu, któ­ry Pań­stwu pre­zen­tu­je­my. Nie­ste­ty spe­cy­fi­ka uży­te­go języ­ka czę­sto utrud­nia­ła dokład­ny prze­kład. W związ­ku z tym musie­li­śmy cza­sa­mi pre­cy­zo­wać sens wypo­wie­dzi, uży­wa­jąc do tego wtrą­ceń i wyja­śnień, któ­re umiesz­cza­li­śmy w nawia­sach kwa­dra­to­wych. Popra­wi­li­śmy nie­któ­re błę­dy gra­ma­tycz­ne i sty­li­stycz­na, a tak­że kil­ku­krot­nie zasto­so­wa­li­śmy czas prze­szły zamiast wystę­pu­ją­ce­go w tek­ście teraź­niej­sze­go. W kil­ku miej­scach, w któ­rych autor­ka opie­ra się na danej publi­ka­cji (np. Gib­son 1966), a gdzie uby­ło frag­men­tów z cyto­wa­ne­go dzie­ła, redak­cja „Indi­ge­ny” uzu­peł­ni­ła bra­ki. Pomi­mo naszych sta­rań nie pozwo­li­ło to jed­nak pozbyć się wszyst­kich nie­do­sko­na­ło­ści tek­stu. Z wiel­ką nadzie­ją liczy­my jed­nak na wyro­zu­mia­łość naszych Czy­tel­ni­ków.
[2] Zapro­po­no­wa­ne spo­lsz­cze­nie: Oto­mio­wie, r.m. Oto­mi, r.ż. Oto­mij­ka (Rataj­ski i in. 1955: 25), wyra­zu z języ­ka hisz­pań­skie­go (Oto­mí) nie przy­ję­ło się w pol­skiej lite­ra­tu­rze.

Czy­taj dalej:
http://indigena.edu.pl/6/Przedmowa_do_artykulu_Carmen_Aguilery_Otomi,_obro%C5%84cy_granic._Przypadek_Tlaxcali_-_Cezary_Cieslak.pdf

Otomi, obrońcy granic. Przypadek Tlaxcali

Car­men Agu­ile­ra
Los Oto­mies defen­so­res de fron­te­ra: el caso de Tla­xca­la
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/1opbez

Celem niniej­sze­go refe­ra­tu jest opi­sa­nie pokrót­ce Oto­mi z Tla­xca­li, pod­kre­śla­jąc mało zna­ny aspekt ich kul­tu­ry, któ­ry w dużej mie­rze wpły­nął na ich tryb życia. Przed­sta­wi­my ich jako obroń­ców gra­nic. Stu­dium poświę­co­ne jest ostat­nim latom przed przy­by­ciem Hisz­pa­nów. Doty­czy ono okre­su, dla któ­re­go dys­po­nu­je­my źró­dła­mi pisa­ny­mi i dodat­ko­wy­mi infor­ma­cja­mi geo­gra­ficz­ny­mi zawar­ty­mi w Kodek­sie z Huaman­tli (Códi­ce de Huaman­tla). Zro­zu­mie­nie go do nie­daw­na nie było moż­li­we, ponie­waż nie opu­bli­ko­wa­no go w cało­ści i popraw­nie (Insti­tu­to Tla­xcal­te­ca de la Cul­tu­ra 1984).

Wyda­je się, iż od naj­daw­niej­szych cza­sów Oto­mi trud­ni­li się obro­ną gra­nic ze wzglę­du na swo­ją zna­ko­mi­tą kon­dy­cję fizycz­ną, któ­rą osią­gnę­li dzię­ki polo­wa­niom. Było to jed­no z ich ulu­bio­nych zajęć, w któ­rym nale­ża­ło się odzna­czać poświę­ce­niem, nie­ustra­szo­no­ścią i walecz­no­ścią. W pierw­szym rzę­dzie przed­sta­wię zarys histo­rii Oto­mi, odno­sząc się do ich rela­cji z inny­mi kul­tu­ra­mi Wyży­ny Mek­sy­kań­skiej, [następ­nie] migra­cję w kil­ku falach do Tla­xca­li, kon­tekst kul­tu­ro­wy, w któ­rym roz­wi­ja­li się w cza­sach histo­rycz­nych na tym obsza­rze, jak rów­nież sta­no­wi­ska obro­ny gra­nic tzw. Repu­bli­ki [1].

Migracje Otomi do Tlaxcali

Pocho­dze­nie ludu Oto­mi spo­wi­ja­ją mro­ki dzie­jów i legen­dy. Muñoz Camar­go (1984: 80) poda­je, że byli oni pierw­szy­mi miesz­kań­ca­mi ziem Tla­xca­li. Zamiesz­ki­wa­ło ich tak­że wie­lu w całej Nowej Hisz­pa­nii. Trud­no jest dowieść, że Oto­mi byli pierw­szy­mi miesz­kań­ca­mi Tla­xca­li. Z pew­no­ścią jed­nak byli gru­pą wyjąt­ko­wo wytrzy­ma­łą, z dużą zdol­no­ścią do adap­ta­cji, odzna­cza­ją­cą się sta­łym przy­ro­stem natu­ral­nym. Zakła­da się, że sta­no­wi­li licz­ną i waż­ną gru­pę spo­łe­czeń­stwa Teo­ti­hu­aca­nu okre­su kla­sycz­ne­go i praw­do­po­dob­nie bro­ni­li go przed wro­ga­mi z pół­no­cy. W momen­cie upad­ku tej metro­po­lii schro­ni­li się na obsza­rze wokół Tuli, sku­pia­jąc się w Xilo­te­pec, Chia­pan i w innych sąsied­nich miej­sco­wo­ściach, któ­rych spo­łecz­no­ści ukształ­to­wa­ły nie­zmier­nie sil­ny lud lub pań­stwo.

Pod­czas hege­mo­nii Tuli sprzy­mie­rza­li się z jej impe­rium. Wów­czas wojow­ni­cy kon­ty­nu­owa­li tra­dy­cję obroń­ców gra­nic. Kie­dy pano­wa­nie to usta­ło oko­ło roku 1168 pod napo­rem wojow­ni­ków z pusty­ni, wewnętrz­nych spo­rów i innych przy­czyn wie­lu Oto­mi wyemi­gro­wa­ło na połu­dnie i przy­by­ło do Doli­ny Mek­sy­ku, gdzie wcze­śniej ulo­ko­wał swo­ją sie­dzi­bę Xólotl ze swo­imi Czi­czi­me­ka­mi. Te trzy gru­py Oto­mi zosta­ły dobrze przy­ję­te przez wład­cę, któ­ry nadał im zie­mie i zawarł z nimi soju­sze poprzez mał­żeń­stwa. Wódz Oto­mi Chi­co­cu­ah­tli oże­nił się z jed­ną ze swo­ich córek i otrzy­mał w posa­gu Xal­to­can poło­żo­ne na pół­no­cy Doli­ny Mek­sy­ku (Jiménez More­no i in. 1963: 112) [2]. Ixtli­lxó­chitl (1975, I: 299) powia­da, że wspo­mnia­ni Oto­mi byli „szla­chet­ne­go uro­dze­nia”, co infor­mu­je nas o wyso­kim pozio­mie kul­tu­ro­wym i poli­tycz­nym oraz prze­czy ogól­ne­mu wyobra­że­niu, iż Oto­mi byli pozba­wio­ny­mi wszel­kiej ogła­dy bar­ba­rzyń­ca­mi.

Zało­żo­ne oko­ło 1220 roku Xal­to­can posze­rzy­ło swo­je zie­mie i wła­da­nie po Sier­ra de Puebla i Met­zi­tlán w sta­nie Hidal­go. W roku 1230 zało­żo­no Azca­pot­zal­co, tak­że z sil­nym udzia­łem Oto­mi, któ­re­go miesz­kań­cy roz­po­czę­li eks­pan­sję. Oby­dwa pań­stew­ka rywa­li­zo­wa­ły o wła­dzę i w koń­cu oko­ło roku 1400 to ostat­nie [Azca­pot­zal­co, przyp. tłum.] znisz­czy­ło Xal­to­can. Jego wład­ca wraz z gru­pą stron­ni­ków uciekł do Tla­xca­li, co jest jed­ną z pierw­szych migra­cji zapi­sa­nych w źró­dłach histo­rycz­nych tego regio­nu.

Mexi­ko­wie, sta­jąc się sil­ni na wyspie jezio­ra Texco­co, oko­ło roku 1325 albo 1345, prze­sie­dli­li lud­ność Oto­mi na pery­fe­ria, w góry wokół Doli­ny Mek­sy­ku, aby bro­ni­li gra­nic. Nato­miast ci, któ­rzy nie przy­ję­li supre­ma­cji Mexi­ków, emi­gro­wa­li do Tla­xca­li. Jesz­cze w momen­cie przy­by­cia Hisz­pa­nów Oto­mi zamiesz­ki­wa­li góry oraz miej­sco­wo­ści wokół jezior. Men­die­ta (1945, I: 161) pisze, że Oto­mi jako naj­więk­szy lud zamiesz­ku­ją­cy w Nowej Hisz­pa­nii ota­cza­li Doli­nę Mek­sy­ku pier­ście­niem. Dowie­dzieć się tego moż­na, bada­jąc doku­ment, jakim jest Mapa de Méxi­co-Tenoch­ti­tlan y sus Con­tor­nos hacia 1550 (León-Por­til­la, Agu­ile­ra 1986).

Wypie­ra­nie Oto­mi do Tla­xca­li trwa­ło w cza­sie supre­ma­cji Mexi­ków. Muñoz Camar­go, pisząc z tego miej­sca, mówi: „z powo­dów bun­tów wywo­ły­wa­nych prze­ciw ksią­żę­tom mexic­kim nie­ustan­nie przy­cho­dzi­li do tej pro­win­cji schro­nić się ludzie, jak robi­li to Xal­to­me­ko­wie [miesz­kań­cy Xal­to­can – przyp. red.], Oto­mi i Chal­ko­wie, a przy­by­wa­jąc, pod­po­rząd­ko­wy­wa­li się tej pro­win­cji” (Muñoz Camar­go 1966: 11). Wia­do­mo, że pod­czas rzą­dów Mote­cuh­zo­my I (1440–1469) mia­ły miej­sce inne migra­cje do Tla­xca­li Oto­mi pocho­dzą­cych z takich miej­sco­wo­ści, jak Zaca­xo­chi­tlán, Tecal­hu­ey­ecan i Maxcu­ahu­acan.

[1] W dzie­jo­pi­sar­stwie sło­wem „Repu­bli­ka” cza­sa­mi nazy­wa­no Tla­xca­lę (por. Tho­mas 1998: 220) – przyp. tłum.
[2] Tak w tek­ście. Może cho­dzi o jed­ną z córek Xólo­tla i mamy do czy­nie­nia z prze­ję­zy­cze­niem Autor­ki lub błę­dem redak­cji – przyp. tłum.

Czy­taj dalej:
http://indigena.edu.pl/6/Otomi,_obroncy_granic._Przypadek_Tlaxcali_-_Carmen_Aguilera.pdf

Między tradycją a zobowiązaniem. Wprowadzenie do systemu funkcji xukurikate

Moni­ka Perun
rece­ived: 21.05.2018 | publi­shed onli­ne: 14.08.2019
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/dfu6az

W trak­cie każ­de­go z poby­tów wśród gru­py etnicz­nej Wixári­ka [1] ze wspól­no­ty (comu­ni­dad) San Andrès Coha­mia­ta wie­lo­krot­nie wyła­niał się wątek funk­cji car­go [2] . W szcze­gól­no­ści zasta­na­wia­ją­ca była kore­la­cja mię­dzy roz­po­zna­niem przy­czy­ny fak­tycz­nej lub poten­cjal­nej cho­ro­by a otrzy­ma­niem car­go. Jeden z infor­ma­to­rów w jed­nym wywia­dzie wyznał mi, że stwier­dzo­no u nie­go cukrzy­cę, mają­cą według nie­go zwią­zek odmo­wą przy­ję­cia jed­nej z naj­waż­niej­szych funk­cji xuku­ri­ka­te, któ­ra zosta­ła mu przy­dzie­lo­na i któ­rą miał­by pia­sto­wać w nad­cho­dzą­cym pię­cio­let­nim cyklu w jed­nym z tuki­te [3] – ośrod­ku cere­mo­nial­nym comu­ni­dad San Andrès Coha­mia­ta. Infor­ma­tor, chcąc zary­so­wać kon­tekst wyda­rzeń i wska­zać przy­czy­ny cho­ro­by, odwo­ły­wał się do zna­cze­nia tra­dy­cji (costum­bre [4]), zobo­wią­za­nia (com­pro­mi­so) oraz cho­ro­by będą­cej kon­se­kwen­cją nie­wy­peł­nie­nia zobo­wią­za­nia bądź zna­kiem odwo­łu­ją­cym się do koniecz­no­ści jego wypeł­nie­nia. Inny­mi sło­wy – przy­ję­cia na sie­bie car­go, pod­ję­cia się misji powie­rzo­nej przez spo­łecz­ność.

Temat car­go jest klu­czo­wy dla zro­zu­mie­nia pew­nych zależ­no­ści mię­dzy kon­tek­stem kul­tu­ro­wym, stra­ty­fi­ka­cją spo­łecz­ną, podzia­łem wła­dzy a inter­pre­ta­cją przy­czyn nie­któ­rych cho­rób wśród Wixa­ri­ta­ri. Bada­nia z zakre­su psy­cho­lo­gii trans­kul­tu­ro­wej coraz sil­niej kła­dą nacisk na koniecz­ność uwzględ­nie­nia kon­tek­stu spo­łecz­ne­go i uwa­run­ko­wań kul­tu­ro­wych, któ­rych pomi­nię­cie impli­ku­je powierz­chow­ną inter­pre­ta­cję zacho­wań i moty­wa­cji jed­no­stek, a klu­czo­wą kwe­stią jest dostrze­że­nie i zro­zu­mie­nie wystę­pu­ją­cych mię­dzy nimi zależ­no­ści.

Inten­cją niniej­sze­go arty­ku­łu jest przy­bli­że­nie tema­tu car­go, roz­pa­try­wa­ne­go w kon­tek­ście sys­te­mu funk­cji (siste­ma de car­gos) xuku­ri­ka­te Wixári­ka, w celu przed­sta­wie­nia w zary­sie sys­te­mu warun­ku­ją­ce­go prze­trwa­nie tra­dy­cji kul­tu­ro­wej (costum­bre) niniej­szej gru­py etnicz­nej, opar­tej na zobo­wią­za­niu (com­pro­mi­so). Warun­kiem wywią­za­nia się z zobo­wią­zań wyni­ka­ją­cych z tra­dy­cji jest m.in. prze­ję­cie na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści, pod­ję­cie się misji poprzez akcep­ta­cję oraz wypeł­nie­nie funk­cji (car­go), będą­cej zara­zem gwa­ran­tem indy­wi­du­al­ne­go, jak i kolek­tyw­ne­go bez­pie­czeń­stwa. Akcep­ta­cja car­go jest rze­ko­mo dobro­wol­na, jed­nak poten­cjal­ne kon­se­kwen­cje zwią­za­ne z odrzu­ce­niem przy­dzie­lo­ne­go sta­no­wi­ska lub nie­peł­ne wypeł­nie­nie funk­cji ponie­kąd zmu­sza­ją do wywią­za­nia się z tego trud­ne­go zada­nia.

[1] Wixári­ka (lm. Wixa­ri­ta­ri) jest endo­et­no­ni­mem, któ­rym okre­śla­ją sie­bie Huicho­le. Huichol jest egzo­et­no­ni­mem pocho­dzą­cym z języ­ka hisz­pań­skie­go.
[2] Bada­nia zre­ali­zo­wa­no na prze­strze­ni dwu­na­stu mie­się­cy, na prze­ło­mie 2016 i 2017 roku, w ośrod­ku COLSAN w San Luis Poto­si, sfi­nan­so­wa­ne zosta­ły przez SRE (Secre­ta­ría de Rela­cio­nes Exte­rio­res).
[3] Tuki­pa (lm. tuki­te) w języ­ku Wixári­ka dosłow­nie ozna­cza „miej­sce, gdzie znaj­du­je się tuki”. Ter­min ten sto­so­wa­ny jest jako okre­śle­nie ośrod­ka cere­mo­nial­ne­go, na któ­ry skła­da się głów­na świą­ty­nia na pla­nie okrę­gu (tuki), plac oraz pomniej­sze ado­ra­to­ria (xiri­ki­te, lp. xiri­ki). Ter­min xuku­ri­ka­me, lm. xuku­ri­ka­te, sto­so­wa­ny jest w odnie­sie­niu do jed­no­stek peł­nią­cych funk­cję (car­go) w cen­trum cere­mo­nial­nym tuki­pa.
[4] W języ­ku Wixári­ka ter­min yeiy­ari (wg. słow­ni­ka Gri­me­sa i McIn­to­sha 1954) tłu­ma­czo­ny jest jako (costum­bre) „oby­czaj”, „zwy­czaj” oraz „tra­dy­cja” (tra­di­ción). Według słow­ni­ka ter­mi­nów Wixári­ka, któ­re­go auto­rem jest Jesus Lara Chi­var­ra, ter­min yeiy­ari tłu­ma­czo­ny jest jako „kul­tu­ra” (cul­tu­ra), „zwy­cza­je” (costum­bres), „toż­sa­mość” (iden­ti­dad) (zob. Chi­var­ra 2013). W niniej­szym źró­dle pole seman­tycz­ne ter­mi­nu yeiy­ari powią­za­ne jest rów­nież z: yeiya (cami­na­ta) – „spa­cer”, „podróż”, yeika­me (cami­nan­te, pere­gri­no) – „wędro­wiec”, „piel­grzym” oraz yeika­ne (anda­rie­go) – „pie­chur”, „wędro­wiec”; zaś ter­min Yeimu­kwa­ri tłu­ma­czo­ny jest jako „Pra­dziad”, „Poto­mek”, „Przo­dek” (Ance­stro, Descen­dien­te, Ante­pa­sa­do) (Chi­var­ra 2013). Na potrze­bę oma­wia­nej tema­ty­ki ter­min costum­bre tłu­ma­czę jako „tra­dy­cja”, ponie­waż tłu­ma­cze­nie go jako „zwy­czaj” mogło­by nie odda­wać peł­ne­go zna­cze­nia ter­mi­nu yeiy­ari.

Czy­taj dalej:
http://indigena.edu.pl/6/Miedzy_tradycja_a_zobowiazaniem._Wprowadzenie_do_systemu_funkcji_xukurikate_-_Monika_Perun.pdf

Ornament and identity: language reclamation of the Native American groups in the Eastern United States

Bar­tosz Hle­bo­wicz
rece­ived: 31.01.2016 | publi­shed onli­ne: 31.05.2019
Short link: http://tiny.cc/bsum7y

A focus on the lan­gu­ages of the Nati­ve Ame­ri­can peoples who inha­bit or once inha­bi­ted the Atlan­tic Seabo­ard of the Uni­ted Sta­tes and Cana­da reve­als the­ir today’s chal­len­ges. The­se begin with a leng­thy period of con­tact with immi­gra­ting Euro­pe­ans and then the­ir descen­dants that pro­du­ced destruc­tion of many nati­ve com­mu­ni­ties, pushing inha­bi­tants out of the­ir home­lands, and often amal­ga­ma­ting survi­vors with other peoples, inc­lu­ding mem­bers of other tri­bes, as well as whi­te and black people, to the extent that today the­ir con­nec­tion with the­ir histo­ri­cal nati­ve gro­ups some­ti­mes is untra­ce­able. This in turn con­fu­ses the­ir sen­se of iden­ti­ty and makes extre­me­ly dif­fi­cult the­ir search for the­ir heri­ta­ge lan­gu­age. This is also a poli­ti­cal issue as some of tho­se tri­bes are not reco­gni­zed as Indian nations by the U.S. fede­ral govern­ment, some of the­ir non-Indian neigh­bors and some­ti­mes even by other Indian tri­bes. Thus, what may be cal­led eth­nic revi­val and com­mu­ni­ty rebuild­ing among the Nati­ve Ame­ri­cans in the East is par­alleled by poli­ti­cal strug­gle and cul­tu­ral revi­val. Lan­gu­age rec­la­ma­tion is part of this lar­ger pro­cess.

Read more:
http://indigena.edu.pl/6/Ornament_and_identity._Language_reclamation_of_the_Native_American_groups_in_the_Eastern_United_States_-_Bartosz_Hlebowicz.pdf

Byki i „cegła obfitości”. Szkic do antropologii architektury andyjskiego miasta Huaráz

Miro­sław Mąka, Elż­bie­ta Jodłow­ska
rece­ived: 30.10.2017 | publi­shed onli­ne: 19.05.2019
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/mx4x6y

Huaráz – wyso­ko­gór­ska sto­li­ca regio­nu Ancash, poło­żo­na u stóp łań­cu­cha Bia­łej Kor­dy­lie­ry (Cor­dil­le­ra Blan­ca), od kil­ku­na­stu lat cie­szy się rosną­cym zain­te­re­so­wa­niem twór­ców stre­et artu, pre­zen­tu­ją­cych cie­ka­wy prze­krój sty­lów, tema­ty­ki i nar­ra­cji. Zauł­ki cen­trum mia­sta, ale też odle­glej­sze uli­ce, sta­ły się intry­gu­ją­cą gale­rią bez począt­ku i koń­ca, bez barier prze­strzen­nych i arty­stycz­nych hie­rar­chii. W demo­kra­tycz­nej zgo­dzie koeg­zy­stu­ją na murach anar­chi­stycz­ne tagi i mier­ne graf­fi­ti ama­to­rów z dzie­ła­mi zna­ko­mi­tych twór­ców dzia­ła­ją­cych w trans­gra­nicz­nej prze­strze­ni laty­no­ame­ry­kań­skiej sztu­ki zaan­ga­żo­wa­nej. Ci ostat­ni z zawa­diac­ką afir­ma­cją wła­sne­go posłan­nic­twa for­mu­łu­ją śmia­łe i nie­ba­nal­ne komen­ta­rze rze­czy­wi­sto­ści, syn­te­ty­zu­ją, iro­ni­zu­ją, wykrzy­ku­ją i nie zapra­sza­ją, lecz wyzy­wa­ją na ubi­tą zie­mię wymu­szo­ne­go dia­lo­gu lub spo­ru albo też ocze­ku­ją bez­dy­sku­syj­nej akcep­ta­cji. Nie ofe­ru­ją rów­nych praw na star­cie, dys­kon­tu­jąc prze­wa­gę moc­nej kon­struk­cji ide­olo­gicz­nej swych wizji i arbi­tral­nej suge­stii prze­sła­nia. Wyraź­nie stro­nią wszak­że od spło­wia­łych topo­sów aksjo­lo­gicz­nej per­swa­zji. Zagęsz­cza­ją uwa­gę wokół istot­nych sen­sów dys­kur­su, wypo­wia­da­jąc się w języ­ku meto­ni­mii, bez więk­szych trans­for­ma­cji obra­zu w kie­run­ku uprosz­czeń i umow­no­ści. „Zna­czo­ne” nie­wie­le odbie­ga od „zna­czą­ce­go” – kape­lusz pozo­sta­je kape­lu­szem, a cegła cegłą – jed­nak w nowych kon­tek­stach nabrzmie­wa­ją „zna­cze­nia­mi”, pobu­dza­jąc zapro­gra­mo­wa­ne cią­gi sko­ja­rzeń.

Graf­fi­ti oży­wia­ją eklek­tycz­ny i anty­este­tycz­ny w oczach Euro­pej­czy­ka pej­zaż mia­sta, zna­cząc go dyna­mi­ką gorą­cych, wie­lo­war­stwo­wych komu­ni­ka­tów, wyra­zi­stych i czy­tel­nych nie­za­leż­nie od pozio­mu per­cep­cji widza. Zro­zu­mia­łych, ponie­waż w dąże­niu do kla­row­no­ści prze­ka­zu uni­ka­ją abs­trak­cji i odre­al­nia­nia deta­li. Ulicz­ni arty­ści nie pozba­wia­ją przed­mio­tów sen­su­al­no­ści, ale mani­pu­lu­ją nimi z sur­re­ali­stycz­nym zaan­ga­żo­wa­niem, two­rząc war­tość doda­ną w posta­ci nowych opo­wie­ści, pytań, sen­sów i pro­gra­mo­wo subiek­tyw­nych dia­gnoz. Upra­wia­ją dzia­łal­ność mito­twór­czą, obmy­śla­jąc autor­skie pro­po­zy­cje arty­stycz­no-inte­lek­tu­al­ne­go bricolage’u – takie­go jed­nak, któ­ry dopiesz­cza­jąc widza-eru­dy­tę alu­zyj­no­ścią i poety­ką meta­for, sza­nu­je na rów­ni este­ty­kę prze­chod­nia w san­da­łach z opon, myślą­ce­go w języ­ku keczua. Arty­stycz­na czo­łów­ka laty­no­ame­ry­kań­skich graf­fi­cia­rzy zacho­wu­je modus viven­di pomię­dzy pro­jek­to­wa­niem namięt­nych kon­struk­tów dia­lek­tycz­nych dla wyra­fi­no­wa­nych odbior­ców a dostęp­no­ścią obra­zów od „pierw­sze­go wej­rze­nia” – przy­ja­znych tym, któ­rzy prze­cho­dząc, nie zwal­nia­ją kro­ku.

Graf­fi­ti w Huaráz to zja­wi­sko dają­ce do myśle­nia – god­ne sys­te­ma­tycz­nej doku­men­ta­cji we wła­ści­wym cza­sie, zanim ule­ci kon­tekst rze­czy­wi­sto­ści, będą­cy jego duszą. Zanim skru­sze­je i odpad­nie z pła­ta­mi tyn­ku lub znik­nie pod war­stwa­mi nowej far­by. War­to doku­men­to­wać tę ulot­ną sztu­kę, prze­kor­nie odbie­ra­jąc jej cechę nie­trwa­ło­ści, gdyż sta­no­wi ory­gi­nal­ny zapis zło­żo­nej i dyna­micz­nej rze­czy­wi­sto­ści – zawsze uni­ka­to­wy w sym­bo­li­za­cji, czy­tel­ny tyl­ko w swo­im miej­scu i cza­sie. Tem­po­ral­ność in situ czy­ni graf­fi­ti doku­men­tem wraż­li­wym, reje­stru­ją­cym war­stwy zda­rzeń i emo­cji nie­uchwyt­ne dla innych rodza­jów zapi­su.

W zauł­ku pro­wa­dzą­cym z ruchli­wej Ave­ni­da Simón Boli­var do kame­ral­ne­go, peł­ne­go zie­le­ni i koli­brów pla­cy­ku o nazwie Parque Gine­bra zwra­ca uwa­gę kil­ku­na­sto­me­tro­we, sur­re­ali­stycz­ne malo­wi­dło na bocz­nej ścia­nie par­te­ro­we­go domu. Zasko­cze­ni wpa­tru­je­my się w parę masyw­nych byków zaprzę­żo­nych w archa­icz­ne jarz­mo z dysz­lem. Zwie­rzę­ta nie cią­gną jed­nak radła, tyl­ko olbrzy­mią poma­rań­czo­wą cegłę „dziu­raw­kę” z wie­życz­ką zwień­czo­ną wyso­kim kape­lu­szem. W tle błę­kit­na tafla jezio­ra, żół­ty pół­okrąg słoń­ca i wyso­ko­gór­ski pej­zaż śnież­nych Andów. Mural powstał zapew­ne mię­dzy 2010 a 2012 rokiem. Na zdję­ciach z 2013 roku pre­zen­tu­je się jesz­cze wyraź­nie i świe­żo, ale trzy lata póź­niej, w 2016 roku, nosi już rany i tatu­aże nie­spo­koj­ne­go cza­su uli­cy: mniej­sze sza­blo­no­we graf­fi­ti, wymyśl­ne tagi nie­zna­nych graf­fi­cia­rzy, czar­ne logo „noc­ne­go” ruchu spo­łecz­no-arty­stycz­ne­go Pin­ta y Lucha (Malar­stwo i Wal­ka), śla­dy zerwa­nych afi­szów oraz lisza­je wykru­szo­ne­go tyn­ku. Dziś już cały obraz może być nie­czy­tel­ny lub zama­lo­wa­ny. Mury mia­sta są jak śre­dnio­wiecz­ne palimp­se­sty; dzie­ła uli­cy kwit­ną na nich życiem moty­la i umie­ra­ją, dając miej­sce następ­nym. Nikt nie pod­da­je reno­wa­cji obra­zów graf­fi­ti, nawet naj­lep­szych. Ten zaś, o któ­rym mówi­my, do takich wła­śnie nale­ży, kodu­jąc tre­ści czy­nią­ce go per­fek­cyj­ną syn­te­zą współ­cze­snych dzie­jów Huaráz. Syn­te­zą stwo­rzo­ną przez ano­ni­mo­we­go arty­stę-myśli­cie­la o wraż­li­wo­ści antro­po­lo­ga. Nie­ste­ty jego wizję poję­ło nie­wie­lu, więc war­to ją oca­lić, postu­lu­jąc włą­cze­nie „graf­fi­ti z byka­mi” do kano­nu naj­cie­kaw­szych arte­fak­tów pla­stycz­nych dzi­siej­sze­go Huaráz. Dla­cze­go aż taka nobi­li­ta­cja? Wyja­śni­my to w kon­klu­zji naszych roz­wa­żań, gdy wró­ci­my w to miej­sce, by zde­ko­do­wać jego opo­wieść. Wpierw odbę­dzie­my jed­nak podróż w cza­sie do począt­ków epo­ki, któ­ra nasta­ła tu przed pię­ciu­set laty. Prze­mie­rzy­my dro­gę, naj­pew­niej śla­da­mi twór­cy enig­ma­tycz­nej wizji, by na koniec dopi­sać pod malo­wi­dłem: „Rozu­mie­my. Nie­źle to wymy­śli­łeś!”.

W zauł­ku pro­wa­dzą­cym z ruchli­wej Ave­ni­da Simón Boli­var do kame­ral­ne­go, peł­ne­go zie­le­ni i koli­brów pla­cy­ku o nazwie Parque Gine­bra zwra­ca uwa­gę kil­ku­na­sto­me­tro­we, sur­re­ali­stycz­ne malo­wi­dło na bocz­nej ścia­nie par­te­ro­we­go domu. Zasko­cze­ni wpa­tru­je­my się w parę masyw­nych byków zaprzę­żo­nych w archa­icz­ne jarz­mo z dysz­lem. Zwie­rzę­ta nie cią­gną jed­nak radła, tyl­ko olbrzy­mią poma­rań­czo­wą cegłę „dziu­raw­kę” z wie­życz­ką zwień­czo­ną wyso­kim kape­lu­szem. W tle błę­kit­na tafla jezio­ra, żół­ty pół­okrąg słoń­ca i wyso­ko­gór­ski pej­zaż śnież­nych Andów. Mural powstał zapew­ne mię­dzy 2010 a 2012 rokiem. Na zdję­ciach z 2013 roku pre­zen­tu­je się jesz­cze wyraź­nie i świe­żo, ale trzy lata póź­niej, w 2016 roku, nosi już rany i tatu­aże nie­spo­koj­ne­go cza­su uli­cy: mniej­sze sza­blo­no­we graf­fi­ti, wymyśl­ne tagi nie­zna­nych graf­fi­cia­rzy, czar­ne logo „noc­ne­go” ruchu spo­łecz­no-arty­stycz­ne­go Pin­ta y Lucha (Malar­stwo i Wal­ka), śla­dy zerwa­nych afi­szów oraz lisza­je wykru­szo­ne­go tyn­ku. Dziś już cały obraz może być nie­czy­tel­ny lub zama­lo­wa­ny. Mury mia­sta są jak śre­dnio­wiecz­ne palimp­se­sty; dzie­ła uli­cy kwit­ną na nich życiem moty­la i umie­ra­ją, dając miej­sce następ­nym. Nikt nie pod­da­je reno­wa­cji obra­zów graf­fi­ti, nawet naj­lep­szych. Ten zaś, o któ­rym mówi­my, do takich wła­śnie nale­ży, kodu­jąc tre­ści czy­nią­ce go per­fek­cyj­ną syn­te­zą współ­cze­snych dzie­jów Huaráz. Syn­te­zą stwo­rzo­ną przez ano­ni­mo­we­go arty­stę-myśli­cie­la o wraż­li­wo­ści antro­po­lo­ga. Nie­ste­ty jego wizję poję­ło nie­wie­lu, więc war­to ją oca­lić, postu­lu­jąc włą­cze­nie „graf­fi­ti z byka­mi” do kano­nu naj­cie­kaw­szych arte­fak­tów pla­stycz­nych dzi­siej­sze­go Huaráz. Dla­cze­go aż taka nobi­li­ta­cja? Wyja­śni­my to w kon­klu­zji naszych roz­wa­żań, gdy wró­ci­my w to miej­sce, by zde­ko­do­wać jego opo­wieść. Wpierw odbę­dzie­my jed­nak podróż w cza­sie do począt­ków epo­ki, któ­ra nasta­ła tu przed pię­ciu­set laty. Prze­mie­rzy­my dro­gę, naj­pew­niej śla­da­mi twór­cy enig­ma­tycz­nej wizji, by na koniec dopi­sać pod malo­wi­dłem: „Rozu­mie­my. Nie­źle to wymy­śli­łeś!”.

Czy­taj dalej:
http://www.indigena.edu.pl/6/Byki_i_’cegla_obfitosci’._Szkic_do_antropologii_architektury_andyjskiego_miasta_Huaraz_-_Miroslaw_Maka,_Elzbieta_Jodlowska.pdf

Wracamy

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, nasze cza­so­pi­smo przez dłu­gi czas było uśpio­ne. Jed­nak­że chcie­li­śmy z przy­jem­no­ścią poin­for­mo­wać, że zbli­ża­my się do koń­ca prac nad kolej­nym, szó­stym nume­rem!

Redak­cja