Byki i „cegła obfitości”. Szkic do antropologii architektury andyjskiego miasta Huaráz

Miro­sław Mąka, Elż­bie­ta Jodłow­ska
rece­ived: 30.10.2017 | publi­shed onli­ne: 19.05.2019
Link skró­co­ny: http://tiny.cc/mx4x6y

Huaráz – wyso­ko­gór­ska sto­li­ca regio­nu Ancash, poło­żo­na u stóp łań­cu­cha Bia­łej Kor­dy­lie­ry (Cor­dil­le­ra Blan­ca), od kil­ku­na­stu lat cie­szy się rosną­cym zain­te­re­so­wa­niem twór­ców stre­et artu, pre­zen­tu­ją­cych cie­ka­wy prze­krój sty­lów, tema­ty­ki i nar­ra­cji. Zauł­ki cen­trum mia­sta, ale też odle­glej­sze uli­ce, sta­ły się intry­gu­ją­cą gale­rią bez począt­ku i koń­ca, bez barier prze­strzen­nych i arty­stycz­nych hie­rar­chii. W demo­kra­tycz­nej zgo­dzie koeg­zy­stu­ją na murach anar­chi­stycz­ne tagi i mier­ne graf­fi­ti ama­to­rów z dzie­ła­mi zna­ko­mi­tych twór­ców dzia­ła­ją­cych w trans­gra­nicz­nej prze­strze­ni laty­no­ame­ry­kań­skiej sztu­ki zaan­ga­żo­wa­nej. Ci ostat­ni z zawa­diac­ką afir­ma­cją wła­sne­go posłan­nic­twa for­mu­łu­ją śmia­łe i nie­ba­nal­ne komen­ta­rze rze­czy­wi­sto­ści, syn­te­ty­zu­ją, iro­ni­zu­ją, wykrzy­ku­ją i nie zapra­sza­ją, lecz wyzy­wa­ją na ubi­tą zie­mię wymu­szo­ne­go dia­lo­gu lub spo­ru albo też ocze­ku­ją bez­dy­sku­syj­nej akcep­ta­cji. Nie ofe­ru­ją rów­nych praw na star­cie, dys­kon­tu­jąc prze­wa­gę moc­nej kon­struk­cji ide­olo­gicz­nej swych wizji i arbi­tral­nej suge­stii prze­sła­nia. Wyraź­nie stro­nią wszak­że od spło­wia­łych topo­sów aksjo­lo­gicz­nej per­swa­zji. Zagęsz­cza­ją uwa­gę wokół istot­nych sen­sów dys­kur­su, wypo­wia­da­jąc się w języ­ku meto­ni­mii, bez więk­szych trans­for­ma­cji obra­zu w kie­run­ku uprosz­czeń i umow­no­ści. „Zna­czo­ne” nie­wie­le odbie­ga od „zna­czą­ce­go” – kape­lusz pozo­sta­je kape­lu­szem, a cegła cegłą – jed­nak w nowych kon­tek­stach nabrzmie­wa­ją „zna­cze­nia­mi”, pobu­dza­jąc zapro­gra­mo­wa­ne cią­gi sko­ja­rzeń.

Graf­fi­ti oży­wia­ją eklek­tycz­ny i anty­este­tycz­ny w oczach Euro­pej­czy­ka pej­zaż mia­sta, zna­cząc go dyna­mi­ką gorą­cych, wie­lo­war­stwo­wych komu­ni­ka­tów, wyra­zi­stych i czy­tel­nych nie­za­leż­nie od pozio­mu per­cep­cji widza. Zro­zu­mia­łych, ponie­waż w dąże­niu do kla­row­no­ści prze­ka­zu uni­ka­ją abs­trak­cji i odre­al­nia­nia deta­li. Ulicz­ni arty­ści nie pozba­wia­ją przed­mio­tów sen­su­al­no­ści, ale mani­pu­lu­ją nimi z sur­re­ali­stycz­nym zaan­ga­żo­wa­niem, two­rząc war­tość doda­ną w posta­ci nowych opo­wie­ści, pytań, sen­sów i pro­gra­mo­wo subiek­tyw­nych dia­gnoz. Upra­wia­ją dzia­łal­ność mito­twór­czą, obmy­śla­jąc autor­skie pro­po­zy­cje arty­stycz­no-inte­lek­tu­al­ne­go bricolage’u – takie­go jed­nak, któ­ry dopiesz­cza­jąc widza-eru­dy­tę alu­zyj­no­ścią i poety­ką meta­for, sza­nu­je na rów­ni este­ty­kę prze­chod­nia w san­da­łach z opon, myślą­ce­go w języ­ku keczua. Arty­stycz­na czo­łów­ka laty­no­ame­ry­kań­skich graf­fi­cia­rzy zacho­wu­je modus viven­di pomię­dzy pro­jek­to­wa­niem namięt­nych kon­struk­tów dia­lek­tycz­nych dla wyra­fi­no­wa­nych odbior­ców a dostęp­no­ścią obra­zów od „pierw­sze­go wej­rze­nia” – przy­ja­znych tym, któ­rzy prze­cho­dząc, nie zwal­nia­ją kro­ku.

Graf­fi­ti w Huaráz to zja­wi­sko dają­ce do myśle­nia – god­ne sys­te­ma­tycz­nej doku­men­ta­cji we wła­ści­wym cza­sie, zanim ule­ci kon­tekst rze­czy­wi­sto­ści, będą­cy jego duszą. Zanim skru­sze­je i odpad­nie z pła­ta­mi tyn­ku lub znik­nie pod war­stwa­mi nowej far­by. War­to doku­men­to­wać tę ulot­ną sztu­kę, prze­kor­nie odbie­ra­jąc jej cechę nie­trwa­ło­ści, gdyż sta­no­wi ory­gi­nal­ny zapis zło­żo­nej i dyna­micz­nej rze­czy­wi­sto­ści – zawsze uni­ka­to­wy w sym­bo­li­za­cji, czy­tel­ny tyl­ko w swo­im miej­scu i cza­sie. Tem­po­ral­ność in situ czy­ni graf­fi­ti doku­men­tem wraż­li­wym, reje­stru­ją­cym war­stwy zda­rzeń i emo­cji nie­uchwyt­ne dla innych rodza­jów zapi­su.

W zauł­ku pro­wa­dzą­cym z ruchli­wej Ave­ni­da Simón Boli­var do kame­ral­ne­go, peł­ne­go zie­le­ni i koli­brów pla­cy­ku o nazwie Parque Gine­bra zwra­ca uwa­gę kil­ku­na­sto­me­tro­we, sur­re­ali­stycz­ne malo­wi­dło na bocz­nej ścia­nie par­te­ro­we­go domu. Zasko­cze­ni wpa­tru­je­my się w parę masyw­nych byków zaprzę­żo­nych w archa­icz­ne jarz­mo z dysz­lem. Zwie­rzę­ta nie cią­gną jed­nak radła, tyl­ko olbrzy­mią poma­rań­czo­wą cegłę „dziu­raw­kę” z wie­życz­ką zwień­czo­ną wyso­kim kape­lu­szem. W tle błę­kit­na tafla jezio­ra, żół­ty pół­okrąg słoń­ca i wyso­ko­gór­ski pej­zaż śnież­nych Andów. Mural powstał zapew­ne mię­dzy 2010 a 2012 rokiem. Na zdję­ciach z 2013 roku pre­zen­tu­je się jesz­cze wyraź­nie i świe­żo, ale trzy lata póź­niej, w 2016 roku, nosi już rany i tatu­aże nie­spo­koj­ne­go cza­su uli­cy: mniej­sze sza­blo­no­we graf­fi­ti, wymyśl­ne tagi nie­zna­nych graf­fi­cia­rzy, czar­ne logo „noc­ne­go” ruchu spo­łecz­no-arty­stycz­ne­go Pin­ta y Lucha (Malar­stwo i Wal­ka), śla­dy zerwa­nych afi­szów oraz lisza­je wykru­szo­ne­go tyn­ku. Dziś już cały obraz może być nie­czy­tel­ny lub zama­lo­wa­ny. Mury mia­sta są jak śre­dnio­wiecz­ne palimp­se­sty; dzie­ła uli­cy kwit­ną na nich życiem moty­la i umie­ra­ją, dając miej­sce następ­nym. Nikt nie pod­da­je reno­wa­cji obra­zów graf­fi­ti, nawet naj­lep­szych. Ten zaś, o któ­rym mówi­my, do takich wła­śnie nale­ży, kodu­jąc tre­ści czy­nią­ce go per­fek­cyj­ną syn­te­zą współ­cze­snych dzie­jów Huaráz. Syn­te­zą stwo­rzo­ną przez ano­ni­mo­we­go arty­stę-myśli­cie­la o wraż­li­wo­ści antro­po­lo­ga. Nie­ste­ty jego wizję poję­ło nie­wie­lu, więc war­to ją oca­lić, postu­lu­jąc włą­cze­nie „graf­fi­ti z byka­mi” do kano­nu naj­cie­kaw­szych arte­fak­tów pla­stycz­nych dzi­siej­sze­go Huaráz. Dla­cze­go aż taka nobi­li­ta­cja? Wyja­śni­my to w kon­klu­zji naszych roz­wa­żań, gdy wró­ci­my w to miej­sce, by zde­ko­do­wać jego opo­wieść. Wpierw odbę­dzie­my jed­nak podróż w cza­sie do począt­ków epo­ki, któ­ra nasta­ła tu przed pię­ciu­set laty. Prze­mie­rzy­my dro­gę, naj­pew­niej śla­da­mi twór­cy enig­ma­tycz­nej wizji, by na koniec dopi­sać pod malo­wi­dłem: „Rozu­mie­my. Nie­źle to wymy­śli­łeś!”.

W zauł­ku pro­wa­dzą­cym z ruchli­wej Ave­ni­da Simón Boli­var do kame­ral­ne­go, peł­ne­go zie­le­ni i koli­brów pla­cy­ku o nazwie Parque Gine­bra zwra­ca uwa­gę kil­ku­na­sto­me­tro­we, sur­re­ali­stycz­ne malo­wi­dło na bocz­nej ścia­nie par­te­ro­we­go domu. Zasko­cze­ni wpa­tru­je­my się w parę masyw­nych byków zaprzę­żo­nych w archa­icz­ne jarz­mo z dysz­lem. Zwie­rzę­ta nie cią­gną jed­nak radła, tyl­ko olbrzy­mią poma­rań­czo­wą cegłę „dziu­raw­kę” z wie­życz­ką zwień­czo­ną wyso­kim kape­lu­szem. W tle błę­kit­na tafla jezio­ra, żół­ty pół­okrąg słoń­ca i wyso­ko­gór­ski pej­zaż śnież­nych Andów. Mural powstał zapew­ne mię­dzy 2010 a 2012 rokiem. Na zdję­ciach z 2013 roku pre­zen­tu­je się jesz­cze wyraź­nie i świe­żo, ale trzy lata póź­niej, w 2016 roku, nosi już rany i tatu­aże nie­spo­koj­ne­go cza­su uli­cy: mniej­sze sza­blo­no­we graf­fi­ti, wymyśl­ne tagi nie­zna­nych graf­fi­cia­rzy, czar­ne logo „noc­ne­go” ruchu spo­łecz­no-arty­stycz­ne­go Pin­ta y Lucha (Malar­stwo i Wal­ka), śla­dy zerwa­nych afi­szów oraz lisza­je wykru­szo­ne­go tyn­ku. Dziś już cały obraz może być nie­czy­tel­ny lub zama­lo­wa­ny. Mury mia­sta są jak śre­dnio­wiecz­ne palimp­se­sty; dzie­ła uli­cy kwit­ną na nich życiem moty­la i umie­ra­ją, dając miej­sce następ­nym. Nikt nie pod­da­je reno­wa­cji obra­zów graf­fi­ti, nawet naj­lep­szych. Ten zaś, o któ­rym mówi­my, do takich wła­śnie nale­ży, kodu­jąc tre­ści czy­nią­ce go per­fek­cyj­ną syn­te­zą współ­cze­snych dzie­jów Huaráz. Syn­te­zą stwo­rzo­ną przez ano­ni­mo­we­go arty­stę-myśli­cie­la o wraż­li­wo­ści antro­po­lo­ga. Nie­ste­ty jego wizję poję­ło nie­wie­lu, więc war­to ją oca­lić, postu­lu­jąc włą­cze­nie „graf­fi­ti z byka­mi” do kano­nu naj­cie­kaw­szych arte­fak­tów pla­stycz­nych dzi­siej­sze­go Huaráz. Dla­cze­go aż taka nobi­li­ta­cja? Wyja­śni­my to w kon­klu­zji naszych roz­wa­żań, gdy wró­ci­my w to miej­sce, by zde­ko­do­wać jego opo­wieść. Wpierw odbę­dzie­my jed­nak podróż w cza­sie do począt­ków epo­ki, któ­ra nasta­ła tu przed pię­ciu­set laty. Prze­mie­rzy­my dro­gę, naj­pew­niej śla­da­mi twór­cy enig­ma­tycz­nej wizji, by na koniec dopi­sać pod malo­wi­dłem: „Rozu­mie­my. Nie­źle to wymy­śli­łeś!”.

Czy­taj dalej:
http://www.indigena.edu.pl/6/Byki_i_’cegla_obfitosci’._Szkic_do_antropologii_architektury_andyjskiego_miasta_Huaraz_-_Miroslaw_Maka,_Elzbieta_Jodlowska.pdf