Pizarro. Pogromca Inków — Stuart Stirling

Recen­zję przy­go­to­wał: Andrzej Tar­czyń­ski
Wydaw­nic­two Amber, War­sza­wa 2005
Prze­kład: Maciej Nowak-Krey­er
Link skró­co­ny: https://tiny.pl/rlrbk

Oso­ba Fran­ci­sca Pizar­ra i doko­na­ny prze­zeń pod­bój pań­stwa Inków od wie­lu dzie­siąt­ków lat słu­ży za two­rzy­wo popu­lar­nej lite­ra­tu­ry histo­rycz­nej (pomi­jam już lite­ra­tu­rę stric­te nauko­wą z tego zakre­su). W Pol­sce jed­nak i tego typu opra­co­wa­nia nie są zbyt licz­ne. Nie­gdyś lite­ra­tu­ra z tego zakre­su ogra­ni­cza­ła się do tłu­ma­cze­nia dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go jesz­cze dzie­ła Wil­lia­ma Pre­scot­ta Pod­bój Peru, pozy­cji Zdzi­sła­wa Kosi­dow­skie­go Kró­le­stwo zło­tych łez i do powie­ści Ród Pizar­rów Wie­sła­wa K. Oster­lof­fa, adre­so­wa­nej głów­nie do mło­dzie­żo­we­go czy­tel­ni­ka. W ostat­nich latach opra­co­wań jest już nie­co wię­cej, jed­nak cią­gle nie moż­na powie­dzieć, że jest to tema­ty­ka szcze­gól­nie czę­sto eks­plo­ato­wa­na. Dla­te­go też publi­ka­cja przez wydaw­nic­two Amber, w ramach serii Wiel­cy histo­rii, bio­gra­fii zdo­byw­cy Peru przy­no­si pol­skie­mu czy­tel­ni­ko­wi nową spo­sob­ność zazna­jo­mie­nia się z tą problematyką.

Oma­wia­na w niniej­szej recen­zji pozy­cja Stir­lin­ga, mimo popu­lar­nej for­my, jest jed­nak opar­ta na solid­nym mate­ria­le źró­dło­wym, choć cza­sa­mi pre­fe­ren­cja dla korzy­sta­nia z tego czy inne­go źró­dła może u dys­po­nu­ją­ce­go głęb­szym przy­go­to­wa­niem czy­tel­ni­ka budzić wąt­pli­wo­ści, gdy np. czę­sto odwo­łu­je się do rela­cji Pedra Pizar­ra (nazy­wa­jąc go nawet w jed­nym miej­scu „szcze­gól­nie wia­ry­god­nym auto­rem”), pod­czas gdy czę­sto widzi się w jego Rela­cji… tekst stron­ni­czy, wręcz pane­gi­rycz­ny wobec dzia­łań i oso­by jego słyn­ne­go krew­nia­ka Fran­ci­sca. Stir­ling wpraw­dzie nie­kie­dy przy­zna­je, iż opi­nie Pedra Pizar­ra mogą być w tej czy innej spra­wie nie­obiek­tyw­ne, a jed­nak korzy­sta z jego tek­stu nie­pro­por­cjo­nal­nie czę­sto. W ogó­le książ­ka Stir­lin­ga, choć opar­ta na solid­nych pod­sta­wach w posta­ci tek­stów z epo­ki, nie­jed­no­krot­nie w spo­so­bie nar­ra­cji oraz sto­so­wa­nych figu­rach sty­li­stycz­nych nie­zbyt odbie­ga od, opar­tych na uprosz­cze­niach, ope­ru­ją­cych prze­sa­dą i kol­por­tu­ją­cych ste­reo­ty­py, popu­lar­nych ksią­żek, jak np. Ostat­nie dni Inków K. MacQu­ar­rie­go, któ­rą niżej pod­pi­sa­ny recen­zo­wał dla „Indi­ge­ny” przed ośmio­ma laty (Tar­czyń­ski 2013).

Moż­na tę oko­licz­ność skwi­to­wać, dziś dość banal­nym stwier­dze­niem, że książ­ki histo­rycz­ne czę­ściej wię­cej mówią o świe­cie, w któ­rym żyją ich auto­rzy, o ich poglą­dach i fobiach niż o epo­ce, któ­rej nomi­nal­nie doty­czą. Zobacz­my jed­nak, jak to wyglą­da w szcze­gó­łach. Stir­ling powie­la wie­le obie­go­wych opi­nii, któ­rych praw­dzi­wość powi­nien umieć osza­co­wać kry­tycz­nie (np. o spo­łecz­nym skła­dzie wypraw zdo­byw­czych, o oby­cza­jo­wo­ści i reli­gij­no­ści ich uczest­ni­ków). Nie­raz są to tyl­ko figu­ry sty­li­stycz­ne, jak wów­czas, gdy na s. 127 twier­dzi on, że rze­zie i tor­tu­ry sto­so­wa­ne przez Her­nan­da Pizar­ra wobec Indian nie mia­ły pre­ce­den­su, jak­by zapo­mi­nał, że wcze­śniej (s. 92) twier­dził, iż to okru­cień­stwa Pedra de Alva­ra­do nie mia­ły sobie rów­nych w dzie­jach kon­kwi­sty (zapo­mi­na­jąc wszak­że dodać, iż cho­dzi o dzia­ła­nia Alva­ra­da w Gwa­te­ma­li, a nie pod­czas wypra­wy do Peru).

Szcze­gól­ną obse­sją Stir­lin­ga sta­je się udział kon­kwi­sta­do­rów w han­dlu nie­wol­ni­ka­mi, do tego stop­nia, że nie­mal każ­de­go z nich (Pizar­ra, Oje­dę, Alma­gra, de Soto, Val­di­vię) nazy­wa „han­dla­rza­mi nie­wol­ni­ków”. Owszem, część z hisz­pań­skich zdo­byw­ców, nade wszyst­ko dzia­ła­ją­cych w stre­fie kara­ib­skiej, nie­jed­no­krot­nie uczest­ni­czy­ło w obra­ca­niu w nie­wo­lę tubyl­ców z nie­któ­rych oko­lic (np. pod pre­tek­stem prak­ty­ko­wa­nia przez nich kani­ba­li­zmu), ale był to tyl­ko jeden ze spo­so­bów zdo­by­wa­nia środ­ków finan­so­wych, nigdy zaś głów­ne zaję­cie. Podob­nie uzy­ski­wa­nie przez zdo­byw­ców pozwo­leń na spro­wa­dze­nie do zawo­jo­wa­nych kra­in nie­wol­ni­ków spo­za Nowe­go Świa­ta nie czy­ni ich „han­dla­rza­mi nie­wol­ni­ków”, bo to tro­chę tak, jak uznać za przed­się­bior­cę budow­la­ne­go kogoś, kto uzy­skał urzę­do­we pozwo­le­nie na budo­wę domu. Moż­na by sar­ka­stycz­nie powie­dzieć, że autor (Ame­ry­ka­nin) w ten spo­sób wal­czy z demo­na­mi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla wła­sne­go kra­ju, gdzie nie­wol­nic­two dotrwa­ło jako insty­tu­cja do trze­ciej ćwier­ci XIX stulecia.

Podob­nie, wyni­ka­ją­ce z nie­wie­dzy lub z uprze­dzeń jest epa­to­wa­nie czy­tel­ni­ka prze­moż­nym wpły­wem inkwi­zy­cji na spo­łe­czeń­stwo hisz­pań­skie, z któ­re­go wyszli przy­szli zdo­byw­cy Ame­ry­ki (na s. 86 mówi się, że Nowy Świat miał być „jedy­ną szan­są uciecz­ki przez trau­ma­ty­zu­ją­cą moral­nie inkwi­zy­cją”), co znów może być tyl­ko świa­dec­twem fobii same­go auto­ra. O świe­cie wie­rzeń pre­ko­lum­bij­skich miesz­kań­ców Peru wie­dza auto­ra też wyda­je się moc­no ogra­ni­czo­na, sko­ro pozwa­la sobie na ogrom­ne uprosz­cze­nia, a kul­tu­rom środ­ko­wo­an­dyj­skim poprze­dza­ją­cych inka­ską poświę­ca led­wie jeden aka­pit, w któ­rym wspo­mi­na się tyl­ko trzy z nich.

Podob­na dezyn­wol­tu­ra zda­rza się nawet przy wyko­rzy­sta­niu tek­stów źró­dło­wych, trze­ba bowiem wspo­mnieć, iż czę­sto klu­czo­we momen­ty snu­tej przez Stir­lin­ga nar­ra­cji są wypeł­nia­ne cyta­ta­mi z kro­nik pod­bo­ju czy innych tek­stów z epo­ki. Jed­nak­że zda­rza się, że autor przy­ta­cza dwa lub trzy frag­men­ty róż­nych źró­deł bez zazna­cze­nia miej­sca, gdzie prze­cho­dzi od jed­nej rela­cji do innej – na przy­kład na s. 50–52 mamy zesta­wie­nie aż trzech rela­cji, co wpraw­dzie znaj­du­je odbi­cie w przy­pi­sie, ale w tek­ście głów­nym nie zazna­czo­no, że są to jed­nak trzy róż­ne cyta­ty, jak rów­nież tego, gdzie jeden z nich się koń­czy, a dru­gi zaczy­na. Ponad­to na s. 52 autor powo­łu­jąc się na Juana Ruiza de Arce, twier­dzi, że w cza­sie poj­ma­nia Inki Ata­hu­al­py „w cią­gu nie­ca­łych dwóch godzin, nie tra­cąc ani jed­ne­go czło­wie­ka, gru­pa obszar­pa­nych kon­kwi­sta­do­rów, o twa­rzach i rękach pociem­nia­łych od krwi prze­la­nej w tej rze­zi, zmie­ni­ła bieg histo­rii świa­ta”, jed­nak kry­tycz­ny czy­tel­nik, któ­ry ma chęć i moż­li­wo­ści się­gnię­cia do tek­stu Ruiza de Arce, nie znaj­dzie we wska­za­nym miej­scu żad­nej z tych rewe­la­cji, z wyjąt­kiem jed­nej infor­ma­cji, iż bitwa trwa­ła oko­ło dwóch godzin (Canil­le­ros 1964: 94). Na s. 55 autor twier­dzi, że pre­zen­to­wa­ny tam cytat pocho­dzi z rela­cji Die­ga de Tru­jil­lo, choć w isto­cie pocho­dzi on z inne­go tek­stu (co zresz­tą znaj­du­je odbi­cie w przy­pi­sie). Z podob­ną sytu­acją mamy do czy­nie­nia jesz­cze na s. 66. Z kolei na s. 179 oraz 209–211 Stir­ling w cha­rak­te­rze cyta­tu wyko­rzy­stu­je frag­men­ty dwóch swych wcze­śniej­szych publi­ka­cji (The Inca Prin­ces­ses, Tales of Indies oraz The Last Conqu­ista­dor: Man­sio Ser­ra de Legu­iza­món and the Conqu­est of the Incas), co u nie­przy­go­to­wa­ne­go czy­tel­ni­ka może wywo­łać wra­że­nie, iż cytu­je się rela­cje z epoki.

Osob­ną kwe­stią jest dość duża licz­ba nie­ści­sło­ści mery­to­rycz­nych, błę­dów języ­ko­wych czy innych man­ka­men­tów, któ­re mogą obcią­żać – w róż­nych przy­pad­kach – auto­ra, tłu­ma­cza czy redak­cję wydaw­nic­twa. W opi­nii niżej pod­pi­sa­ne­go więk­szość nie­do­kład­no­ści czy prze­kła­mań pocho­dzą­cych od same­go auto­ra wystę­pu­je w tych momen­tach, gdy nar­ra­cja wykra­cza poza obszar same­go impe­rium inka­skie­go, jak gdy­by zabra­kło mu cier­pli­wo­ści lub docie­kli­wo­ści, aby ten czy inny szcze­gół spraw­dzić. Oto kil­ka przy­kła­dów. Gdy autor pisze o powro­cie Fran­ci­sca Pizar­ra z Hisz­pa­nii z paten­tem kró­lew­skim na pod­bój, mowa jest o tym, iż żeglu­ga trwa­ła oko­ło 30 dni (s. 27) „do Wysp Kana­ryj­skich i Pod­wietrz­nych” (jak­by to były sąsia­du­ją­ce ze sobą archi­pe­la­gi, a nie gru­py wysp leżą­ce na dwóch prze­ciw­nych krań­cach Atlan­ty­ku), a potem do Nom­bre de Dios na Prze­smy­ku Panam­skim, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem o tym, że Pizar­ro zawi­nął do San­ta Mar­ty, mia­sta poło­żo­ne­go na wybrze­żu dzi­siej­szej Kolum­bii, gdzie zresz­tą pod wpły­wem słów miej­sco­wych Hisz­pa­nów nie­któ­rzy ludzie Pizar­ra zdezerterowali.

Zupeł­nym nie­po­ro­zu­mie­niem jest twier­dze­nie (s. 93), że Pedro de Alva­ra­do przy­go­to­wy­wał wypra­wę do Chin (sic!), wszak cho­dzi­ło o Molu­ki. Naiw­no­ścią jest stwier­dze­nie (s. 208), iż nazwa Guja­na pocho­dzi rze­ko­mo od Inki Huay­na Capa­ca (Guay­na Capa­ca). Z kolei Val­di­via brał udział w pro­ce­de­rze nie­wol­ni­czym nie na Hispa­nio­li, lecz na wybrze­żu Wene­zu­eli, a na Hispa­nio­lę został ode­sła­ny kar­nie po bun­cie prze­ciw­ko swe­mu dowód­cy. Kochan­ka Val­di­vii nazy­wa­ła się zaś Inés Suárez, a nie Sán­chez, jak błęd­nie poda­je Stir­ling (s. 132). Nie­rze­tel­ne są w dużej mie­rze infor­ma­cje o oso­bie Pedra Sar­mien­to de Gam­boi, bo jego misja z roku 1579 nie może być nazwa­na „ści­ga­niem Fran­ci­sa Drake’a”, a jego dal­sze losy, jak i data śmier­ci, wbrew temu, co pisze Stir­ling (s. 209), są dobrze zna­ne i bez więk­sze­go tru­du moż­na było to spraw­dzić. Osta­tecz­nie Sar­mien­to de Gam­boa docze­kał się kil­ku opra­co­wań, a i współ­cze­sne wyda­nia jego pism z regu­ły zawie­ra­ją rys bio­gra­ficz­ny (zob. Sara­bía Vie­jo 1988: 9–23). Jeśli o Her­nan­dzie de Soto Stir­ling ma coś wię­cej do powie­dze­nia, co wykra­cza poza udział tego kon­kwi­sta­do­ra w pod­bo­ju Peru, to bez wąt­pie­nia tyl­ko dla­te­go, że postać odkryw­cy Mis­si­si­pi jest dobrze zako­rze­nio­na oraz zna­na w tra­dy­cji i kul­tu­rze amerykańskiej.

Dzi­wią też przy­pad­ki nie­ści­słych infor­ma­cji doty­czą­cych same­go Peru, gdy np. na s. 74 twier­dzi, że Jau­ja była pierw­szym mia­stem hisz­pań­skim zało­żo­nym w Peru, co nie jest praw­dą, ponie­waż było nim San Migu­el, o któ­rym Stir­ling wcze­śniej (s. 46) nawet sam wspo­mi­na. Gwo­li ści­sło­ści trze­ba wyja­śnić, iż Jau­ja sta­ła się for­mal­nie hisz­pań­skim mia­stem w kwiet­niu 1534 roku, gdyż rok wcze­śniej nie uda­ło się, mimo pod­ję­tej pró­by, ufor­mo­wać miej­skiej spo­łecz­no­ści zło­żo­nej z oby­wa­te­li (veci­nos) i kie­ro­wa­nej przez radę miej­ską (cabil­do), co było wów­czas rów­no­waż­ne fun­da­cji mia­sta. Nie spo­sób uznać też za popraw­ne sfor­mu­ło­wa­nie, że Mol­len­do było „por­tem w Are­qu­ipie” (s. 161), ponie­waż oba mia­sta dzie­li dystans oko­ło stu kilo­me­trów i to licząc w linii pro­stej, a ponad­to Are­qu­ipa leży na wyso­ko­ści ponad 2000 metrów n.p.m. (jest to sytu­acja z grun­tu odmien­na od tej, w któ­rej mię­dzy Limą a jej por­tem Cal­lao odle­głość jest tak nie­znacz­na, że w cza­sach współ­cze­snych zro­sły się one w jeden zespół miejski).

Osob­ną kwe­stią są pew­ne nie­zręcz­no­ści języ­ko­we przy odda­wa­niu ter­mi­nów hisz­pań­skich, poja­wia­ją­ce się w tek­stach źró­dło­wych. Pół bie­dy, gdy mówi się o „bro­daw­kach” (hiszp. bubas) zamiast o lisza­jach, prysz­czach czy wysyp­ce lub gdy juego de cañas odda­je się jako swoj­skie „pal­ca­ty”, gorzej, gdy twier­dzi się, że sło­wo vaqu­ia­no (popraw­nie win­no być baqu­ia­no) ozna­cza rze­ko­mo „sukin­sy­na” (s. 120), choć w isto­cie ozna­cza­ło ono zahar­to­wa­ne­go w bojach w Nowym Świe­cie żoł­nie­rza i było okre­śle­niem zasad­ni­czo pochleb­nym, w odróż­nie­niu od swe­go anto­ni­mu cha­pe­tón (ozna­cza­ją­ce­go nowi­cju­sza czy żół­to­dzio­ba). Następ­nie cytu­je przy­pi­sy­wa­ną Her­nan­do­wi Pizar­ro­wi fra­zę, w któ­rej poja­wia się zarów­no sło­wo baqu­ia­no, jak i bel­la­co (to zresz­tą ostat­nie prze­krę­co­ne figu­ruje jako „bal­le­co”), a wów­czas już jest bli­żej praw­dy, gdy to ostat­nie tłu­ma­czy jako „sukin­syn”, choć i tak powin­no się je odda­wać raczej jako pol­skie „łaj­dak”, „nic­poń” czy „drań”.

Pol­skiej edy­cji, a nie ory­gi­nal­ne­mu tek­sto­wi Stir­lin­ga, moż­na zarzu­cić kil­ka nie­zręcz­no­ści języ­ko­wych, jak np. mówie­nie o „oble­ga­niu tara­nem” (cho­dzi­ło zdo­by­cie for­te­cy sztur­mem, przez zro­bie­nie wyło­mu), o „osła­wio­nych ludziach z Wyspy Gal­lo” (cho­dzi­ło o cie­szą­cych się powa­ża­niem – a nie złą sła­wą – towa­rzy­szy Pizar­ra z okre­su reko­ne­san­so­wych wypraw poprze­dza­ją­cych wła­ści­wy pod­bój Peru). Dzi­wi też, wpraw­dzie tyl­ko w jed­nym przy­pad­ku (s. 30), kurio­zal­na odmia­na nazwi­ska Luque, któ­re w dopeł­nia­czu brzmi „Luqu’a”. Nie­kie­dy wycho­dzi przy oka­zji nie­zna­jo­mość pol­skiej ter­mi­no­lo­gii geo­gra­ficz­nej (na s. 28 mamy Cape Ver­de zamiast Wysp Zie­lo­ne­go Przy­ląd­ka i Gra­na­dę zamiast Gre­na­dy czy Río Tajo zamiast Tag na pod­pi­sie jed­nej z ilu­stra­cji), innym razem poja­wia­ją się lite­rów­ki (naj­czę­ściej w nazwach wła­snych), choć też i tak rażą­ce jak „trans­kryb­cja” zamiast „trans­kryp­cja” (s. 230) czy „in obsen­tia” zamiast „in absen­tia” (s. 128). Mówie­nie o „boli­wij­skim mie­ście Tia­hu­ana­co” (s. 124) jest przy­kła­dem skraj­ne­go pre­zen­ty­zmu, gdy histo­rycz­ne miej­sca pod­cią­ga się pod obec­nie ist­nie­ją­ce jed­nost­ki poli­tycz­ne (to tro­chę tak, jak­by – zacho­wu­jąc wszel­kie pro­por­cje – powie­dzieć, że bitwa pod Auster­litz odby­ła się w Cze­cho­sło­wa­cji, a Alek­san­der Mace­doń­ski pocho­dził z Jugosławii).

Kwe­stią, któ­ra zasłu­gu­je na osob­ny komen­tarz, jest przy­ję­ty przez auto­ra tok nar­ra­cji. Z jed­naj stro­ny trze­ba przy­znać, iż wszyst­kie klu­czo­we dla histo­rii pod­bo­ju Peru momen­ty zosta­ły odda­ne przez Stir­lin­ga. Z dru­giej stro­ny moż­na mieć wie­le zastrze­żeń do roz­kła­da­nia akcen­tów, gdy zupeł­nie dru­go­rzęd­ne kwe­stie są nie­pro­por­cjo­nal­nie do swo­je­go cię­ża­ru gatun­ko­we­go przy­ta­cza­ne kosz­tem istot­niej­szych danych. Wspo­mnia­ne już dwie wcze­śniej­sze publi­ka­cje auto­ra są wyko­rzy­sty­wa­ne prze­zeń dość obfi­cie (a dwa ostat­nie roz­dzia­ły są wręcz w więk­szo­ści na nich opar­te), w rezul­ta­cie książ­ka, będą­ca prze­cież bio­gra­fią Pizar­ra, zawie­ra wie­le infor­ma­cji, któ­re z oso­bą zdo­byw­cy Peru mają nie­wiel­ki zwią­zek albo pra­wie żaden: szcze­gó­ło­wo roz­pi­su­je się Stir­ling o losach licz­nych inka­skich księż­ni­czek, a z dru­giej stro­ny np. bar­dzo pobież­nie wyja­śnia, w jakich oko­licz­no­ściach Pizar­ro uzy­skał tytuł mar­ki­za, nie wspo­mi­na w ogó­le o obję­ciu Cuz­co pano­wa­niem Koro­ny Kasty­lij­skiej, nie poda­je też dzien­nych dat dwóch z czte­rech naj­więk­szych bitew w cza­sie wojen domo­wych mię­dzy zdo­byw­ca­mi. Zdzi­wie­nie bar­dziej zorien­to­wa­ne­go czy­tel­ni­ka może też budzić fakt, iż swo­ją nar­ra­cję Stir­ling zaczy­na dopie­ro w cza­sie poby­tu Pizar­ra w Hisz­pa­nii w latach 1528–30, kwi­tu­jąc cały czte­ro­let­ni okres wypraw reko­ne­san­so­wych Pizar­ra i Alma­gra kil­ko­ma wręcz zda­nia­mi oraz jed­nym dłuż­szym cyta­tem z rela­cji Nico­la­sa de Ribe­ry. Jesz­cze bar­dziej dzi­wi, umiesz­czo­ne ni stąd, ni zowąd, zda­nie o fun­da­cji Buenos Aires (s. 132) w takim kon­tek­ście, jak­by cho­dzi­ło o kolej­ne przed­się­wzię­cie kapi­ta­nów Pizar­ra rusza­ją­cych po pod­bo­ju wła­ści­we­go Peru w róż­nych kie­run­kach. Oso­bi­ście nie sądzę, aby autor nie wie­dział, że eks­pan­sja ibe­ryj­ska w regio­nie La Pla­ty wycho­dzi­ła bez­po­śred­nio z Euro­py, ale znów u mniej zorien­to­wa­ne­go czy­tel­ni­ka będzie to rodzi­ło myl­ne prze­ko­na­nie o prze­bie­gu wypad­ków. Z kolei jako nie­odrod­ny Ame­ry­ka­nin Stir­ling „musi” wspo­mi­nać o Machu Pic­chu, choć nie ma o nim wzmian­ki u żad­ne­go kro­ni­ka­rza hisz­pań­skie­go ani w rela­cjach indiań­skich doby kon­kwi­sty i chy­ba tyl­ko jego etno­cen­try­zmo­wi moż­na przy­pi­sy­wać przy­wo­ły­wa­nie w bio­gra­fii Fran­ci­sca Pizar­ra, o czte­ry stu­le­cia póź­niej­szej, posta­ci Hira­ma Binghama.

Książ­ka wzbo­ga­co­na jest m.in. o wykaz nazw geo­gra­ficz­nych oraz spe­cy­ficz­nych ter­mi­nów (zarów­no hisz­pań­skich jak i kiczu­ań­skich) pozwa­la­ją­cych nie­spe­cja­li­stom poru­szać się po obsza­rze pro­ble­mo­wym. Inna spra­wa, że poda­wa­ne defi­ni­cje czę­sto są bar­dzo skró­to­we, a co za tym idzie nie do koń­ca ści­słe; w jed­nym przy­pad­ku poja­wia się lite­rów­ka „maro­ve­di” zamiast „mara­ve­dí” (choć aku­rat w tek­ście głów­nym jest popraw­nie). Oma­wia­na pozy­cja zawie­ra też kil­ka­na­ście wybra­nych przez auto­ra czar­no­bia­łych ilu­stra­cji lub wyko­na­nych prze­zeń foto­gra­fii. Szko­da tyl­ko, że w pol­skim wyda­niu brak stron­ni­cy, gdzie według opi­su zamiesz­czo­ne­go na stro­nie poprzed­niej, mia­ła się zna­leźć „ryci­na przed­sta­wia­ją­ca Pun­chao, zło­ty dysk, któ­ry kon­kwi­sta­dor Man­sio Ser­ra de Legu­iza­món podob­no zra­bo­wał po zaję­ciu Cuzco”.

Zesta­wia­jąc wszyst­kie zale­ty i nie­do­ma­ga­nia oma­wia­nej tu pozy­cji nale­ży uznać, że pra­ca Stir­lin­ga może słu­żyć jako przy­kład dość solid­nie przy­go­to­wa­nej, popu­lar­nej lite­ra­tu­ry histo­rycz­nej doty­czą­cej hisz­pań­skie­go pod­bo­ju Ame­ry­ki, byle­by tyl­ko czy­tel­nik nie brał wszyst­kich poda­wa­nych przez auto­ra szcze­gó­łów za nie­kwe­stio­no­wa­ne pew­ni­ki i nie trak­to­wał jej jako tek­stu stric­te nauko­we­go.

Andrzej Tar­czyń­ski

Biblio­gra­fia
Bal­le­ste­ros Manu­el, 1986: Fran­ci­sco Pizar­ro, Histo­ria 16, Madryd.
Canil­le­ros Con­de de, 1964: Tres testi­gos de la conqu­ista del Perú (Fer­nan­do Pizar­ro, Juan Ruiz de Arce y Die­go de Tru­jil­lo), Espa­sa-Cal­pe S.A., Madryd.
Pizar­ro Pedro, 1995: Rela­cja o odkry­ciu i pod­bo­ju Kró­le­stwa Peru, tłum. z hiszp. M. Mróz, Novus Orbis, Gdańsk.
Sara­bía Vie­jo María Justi­na, 1988: Intro­du­ción, w: Pedro Sar­mien­to de Gam­boa, Via­jes al Estre­cho de Magal­la­nes, Alin­za Edi­to­rial, Madryd.
Tar­czyń­ski Andrzej 2013: Recen­zja: Ostat­nie dni Inków. Kim Macqu­ar­rie, „Indi­ge­na”, nr 3.