PiA�kna Tarcza. Szamanka z plemienie Wron

tarczaKoniec „zA�otego wieku” myA�liwskiej kultury Wron byA� tak gwaA�towny i bolesny, A?e – jak wspominaA� pA?A?niej Plenty Coups – „Kiedy bizony odeszA�y, serca naszych ludzi upadA�y na ziemiA� i nie mogli ich juA? podA?wignA�A�. PA?A?niej nie byA�o juA? nic”. Tradycyjnej, opartej na ustnych przekazach, kulturze i historii plemiennej groziA�o zapomnienie. CzA�A�A� naszej dzisiejszej wiedzy o dawnym A?yciu ludu Wron zapewne by nie przetrwaA�a, gdyby nie dwie osoby, ktA?re postanowiA�y ocaliA� od zapomnienia kobiecA� opowieA�A� o ludzie – jak powszechnie wA?wczas sA�dzono – skazanym na wymarcie.

JednA� z nich byA� urodzony w Ohio w 1869 roku Frank Bird Linderman, ktA?ry do Montany przyjechaA� jako nastolatek. Sporo podrA?A?owaA� po tym zasiedlanym dopiero od niedawna przez biaA�ych terytorium, A?yA� z Indianami, imaA� siA� rozmaitych zajA�A�, pisywaA� do gazet. Z czasem zostaA� pisarzem, lokalnym politykiem, etnologiem, znawcA� i zaufanym przyjacielem Indian.

DrugA� byA�a starsza pani z plemienia Wron o imieniu Pretty Shield (PiA�kna Tarcza)1, ktA?ra w 1931 roku swoimi wspomnieniami z dawnych lat podzieliA�a siA� z Lindermanem. LiczA�ca wA?wczas siedemdziesiA�t cztery lata, Pretty Shield uchodziA�a w swojej spoA�ecznoA�ci za osobA� obdarzonA� szczegA?lnA� mocA� i zdolnoA�ciA� leczenia chorA?b (stA�d zwano jA� medicine woman, kobietA� leczA�cA�, mA�drA�, szamankA�). Jedyna opiekunka kilku wnuczek, okreA�lana przez wspA?A�czesnych jako kobieta niezaleA?na i peA�na A?ycia, dowcipna i szczera – okazaA�a siA� idealnA� rozmA?wczyniA� Lindermana w czasach, gdy poufne rozmowy Indianek RA?wnin z biaA�ymi byA�y czymA� wyjA�tkowym.

Zanim poznaA� Pretty Shield, Linderman – autor m.in. biografii wodza Plenty Coups – nie spodziewaA� siA�, A?e kiedykolwiek uda mu siA� namA?wiA� do zwierzeA� jednA� z „nieA�miaA�ych i skromnych” – jak sam je opisywaA� – Indianek. Spotkanie z aktywnA�, otwartA� i peA�nA� zapaA�u babciA� z plemienia Wron, ktA?ra sama uwaA?aA�a siA� za dziaA�aczkA� i nauczycielkA�, szybko i zasadniczo zmieniA�o jego punkt widzenia.

„Nic nie przyjdzie do ciebie samo, idA? i szukaj! SA�uchaj uwaA?nie, bo mentorzy nie A?yjA� wiecznie. Pewnego dnia znajdziesz siA� na ich miejscu, zostaniesz mentorem, tak jak oni” – wspominaA�a nauki Pretty Shield jej wnuczka Alma Hogan Snell. Zakorzeniona w ustnych tradycjach Wron gawA�dziarka znalazA�a w biaA�ym goA�ciu indiaA�skiego osiedla Crow Agency wdziA�cznego sA�uchacza. W pustym budynku szkolnym, pod drzewami w parku lub w jednoizbowym domu Pretty Shield rozmawiali za pomocA� jA�zyka gestA?w lub za poA�rednictwem tA�umaczki. Linderman przynosiA� drobne prezenty dla wnuczek, babcia zaparzaA�a kawA� i pogrA�A?ali siA� w rozmowie jak para dobrych starych znajomych.

MieszkajA�cy od blisko pA?A� wieku w Montanie pisarz miaA� wielu indiaA�skich przyjaciA?A�. ByA� honorowym czA�onkiem trzech plemion: Czarne Stopy nazwali go Iron Tooth (A�elaznym ZA�bem), Wrony nadali mu imiA� Great Sign Talker (Wielki MA?wiA�cy Gestami), a dla Kri byA� The Man Who Looks Through Glasses (Tym, KtA?ry Patrzy Przez SzkA�a). Swoich tubylczych przyjaciA?A� Linderman wspieraA� nie tylko radA�, ale i finansowo. ZabiegaA� o zwiA�kszenie pomocy dla cierpiA�cych biedA� mieszkaA�cA?w rezerwatA?w, a przybyA�ej do Montany z Kanady grupie Indian Kri i CzipewejA?w pomA?gA� w zabiegach o znalezienie nowej ojczyzny i utworzenie rezerwatu Rocky Boy (1916).

W zamian Indianie Montany obdarzyli Lindermana zaufaniem, jakim cieszyA�o siA� wA?wczas niewielu biaA�ych. OpowieA�ci o najintymniejszych momentach swego A?ycia nie powierzyliby tak szczerze A?adnemu etnologowi czy historykowi. A pisarz odwdziA�czyA� siA� im talentem sA�uchania, dokA�adnoA�ciA� i skromnoA�ciA�. „Jestem przekonany, A?e A?aden biaA�y nigdy nie poznaA� Indian dogA�A�bnie – pisaA�. – BadaA�em Indian przez ponad czterdzieA�ci lat, nie na chA�odno, lecz z sympatiA�; ale nawet teraz nie sA�dzA�, bym wiedziaA� o nich wiele. Powtarzali mi po wielokroA�, A?e ich znam, A?e , ale czy tak jest – nie mam pewnoA�ci”.

Linderman zdawaA� sobie sprawA�, A?e na opowieA�ci Pretty Shield skA�adaA�y siA� nie tylko osobiste wspomnienia, ale teA? mity Wron, wychowawcze gawA�dy, prorocze sny i zwykA�e „babcine bajanie”. Wszystko spisywaA� i uwaA?aA� za rA?wnie cenne pod jednym warunkiem – A?e dotyczyA�o A?ycia kobiet i doA�wiadczeA� jego rozmA?wczyni. ZnajomoA�A� jA�zyka gestA?w pozwalaA�a pisarzowi weryfikowaA� pracA� tA�umaczki, starajA�cej siA� moA?liwie wiernie oddaA� po angielsku bogactwo myA�li i gestA?w swej przyjaciA?A�ki.

Pierwsze wydanie wspomnieA� Pretty Shield nosiA�o tytuA� Red Mother i ukazaA�o siA� w 1932 roku. ByA� to czas Wielkiego Kryzysu i ksiA�A?ka sprzedawaA�a siA� sA�abo, ale znalazA�a uznanie specjalistA?w. Etnolog Robert Lowie uznaA�, A?e jest nawet wartoA�ciowsza niA? biografia sA�ynnego wodza Plenty Coups. Recenzenci pisali, A?e dopeA�nia – przedstawiany dotA�d wyA�A�cznie z mA�skiej perspektywy – obraz Wron i „powinna pomA?c w rozwianiu bA�A�dnego wyobraA?enia o Indiankach jako nieszczA�snych popychadA�ach”. Czas pokazaA�, A?e mieli racjA�; uwaA?ana za kobiecy odpowiednik Czarnego A?osia (Black Elk Speaks, wydanej w tym samym roku autobiografii szamana SiuksA?w)2A�pierwsza autobiografia Wronki – i pierwsza ksiA�A?ka ukazujA�ca szczegA?A�y tradycyjnego A?ycia Indian RA?wnin z kobiecego punktu widzenia – na trwaA�e weszA�a do A�wiatowej literatury przedmiotu.

DziA�ki opowieA�ci Pretty Shield poznajemy zarA?wno proces dojrzewania dziewczyny z myA�liwskiej spoA�ecznoA�ci Wron, jak i skutki tego procesu w jej dojrzaA�ym A?yciu. Spotykamy mA�odA� kobietA� oddanA� rodzinie i przyjacioA�om, ciekawA� A?ycia, a nawet skA�onnA� do podejmowania ryzyka. Obserwujemy, jak dojrzewa do maA�A?eA�stwa (z przyszA�ym zwiadowcA� gen. Custera), opA�akuje A�mierA� cA?rki i rozmawia ze zwierzA�tami – w tym z „ludem mrA?wek”, ktA?re uznaA�a za swych duchowych pomocnikA?w. Poznajemy kobietA� dumnA� z zaszczytu dosiadania wojennego rumaka mA�A?a, ale i lamentujA�cA� nad nadmiernA� jej zdaniem skA�onnoA�ciA� wojownikA?w Wron do wojaczki. Stajemy siA� A�wiadkami codziennych kobiecych czynnoA�ci obozowych, intymnych chwil porodu i peA�nych magii ceremonii leczniczych. Oczami Indianki spoglA�damy na A?ycie rodzinne wA�drownej spoA�ecznoA�ci i zajA�cia mA�A?czyzn, sA�uchamy jej wersji znanych historycznych wydarzeA�, razem z Pretty Shield doA�wiadczamy i przeA?ywamy zmierzch tradycyjnego A�wiata Wron i Wronek – jej A�wiata.

Gdy Linderman poprosiA� Pretty Shield, by opowiedziaA�a o czasach po 1883 roku, „gdy bizony odeszA�y” – odmA?wiA�a. „Nie mam o czym opowiadaA�, bo nic nie robiliA�my” – wyjaA�niaA�a. I trudno siA� dziwiA� kobiecie, ktA?ra za najszczA�A�liwsze momenty A?ycia uwaA?aA�a naleA?A�ce do przeszA�oA�ci wA�drA?wki za stadami bizonA?w – Indiance, ktA?rej dwie cA?rki zmarA�y na powszechne w rezerwatach choroby, pozostawiajA�c babci nieA�atwy obowiA�zek zaopiekowania siA� wnuczkami. NajmA�odsza z nich Alma Snell opublikowaA�a pA?A?niej wA�asnA� biografiA�, ktA?ra nie pozostawia wA�tpliwoA�ci co do szacunku i miA�oA�ci, ktA?rymi darzyA�a Pretty Shield.

We wspomnieniach Almy nawet osiemdziesiA�cioletnia juA? babcia nadal A?yA�a w rezerwacie po swojemu: wykopywaA�a jadalne korzenie, tA�ukA�a miA�so na kamieniu przed domkiem, praA�a ubrania w rzece Little Bighorn, chodziA�a po drewno na opaA� i szyA�a ubrania dla wnuczek z wA�asnorA�cznie wyprawianych skA?r. Wielu spoA�rA?d okolicznych mieszkaA�cA?w znaA�a od dziecka – nic wiA�c dziwnego, A?e dzieliA�a siA� z nimi poA?ywieniem, uprawiaA�a z nimi drobny hazard czy po prostu A�piewaA�a z babciami z sA�siedztwa.

WykonujA�c chA�tnie tradycyjne czynnoA�ci Wronek, Pretty Shield ceniA�a teA? niektA?re wspA?A�czesne wynalazki. Do szycia ubraA� uA?ywaA�a fabrycznych igieA� i nici, ale juA? mokasyny zszywaA�a i naprawiaA�a A�ciA�gnem. Nie chciaA�a pralki z wyA?ymaczkA�, ale mydA�o do prania kupowaA�a w sklepie. Zgodnie z A?wczesnA� modA� pogranicza nosiA�a dA�ugA� baweA�nianA� sukniA� i dwie spA?dnice, niewielkA� gotA?wkA� chowaA�a w woreczku pod spA?dnicA�, czesaA�a siA� grzebieniem i – jak wspomina wnuczka – „uwielbiaA�a konserwowe pomidory z makaronem”.

ChociaA? jej mA�A?, ktA?ry wczeA�niej przyjA�A� chrzeA�cijaA�stwo, nie byA� z tego zadowolony, to Pretty Shield nie widziaA�a sprzecznoA�ci miA�dzy naukami misjonarzy i siA�ganiem w razie potrzeby do A�A�czA�cych magiA� i medycynA� tradycyjnych praktyk Wron. BA�dA�c juA? starszA� paniA�, wstA�piA�a teA? do Klubu Kobiet Wron, ktA?ry zabiegaA� o zmiany w dziedzinie oA�wiaty i opieki zdrowotnej w rezerwacie, domagajA�c siA� od urzA�dnikA?w szacunku i uczciwoA�ci. Wraz z innymi czA�onkiniami Klubu wyjeA?dA?aA�a na spotkania w miastach i osiedlach Montany. Gdy zmarA�a w 1944 roku, ostatnim ogniwem A�A�czA�cym jej wnuczki z przeszA�oA�ciA� ludu Wron pozostaA�y opowieA�ci babci utrwalone przez Lindermana – i ich wA�asne wspomnienia.

„Wnuczka swojej babci” Alma Hogan Snell (1923-2008) zostaA�a historykiem Wron, etnobotanikiem, zielarkA� i pisarkA� (napisaA�a Grandmothers’ Grandchild, My Crow Indian Life i A Taste of Heritage, Crow Indian Recipes and Herbal Remedies). Alma, laureatka doktoratu honoris causa Montana State University w Billings, leczA�c i uczA�c zdrowego stylu A?ycia, A�A�czyA�a podstawy chrzeA�cijaA�stwa z tubylczym szacunkiem dla siA� przyrody i zasA�uA?yA�a na nadane jej przez Wrony imiA� Well Known Woman (Dobrze Znana Kobieta). Jej cA?rka Pearl Jean Buchanan (dla Wron – Pretty Shield) odziedziczyA�a po prababci nie tylko imiA�, ale teA? otwartoA�A� na potrzeby spoA�ecznoA�ci, wygrywajA�c w jej imieniu proces z wA�adzami Chicago.

Fundacja powoA�ana przez potomkA?w Pretty Shield wspiera organizacjA� charytatywnA� z Billings, ktA?ra wyszukuje w Montanie rodziny zastA�pcze dla indiaA�skich sierot. Alma i jej mA�A? Bill (przeA?yli razem 60 lat, choA� pochodziA� z wrogiego niegdyA� Wronom plemienia Assiniboine) byli konsultantami przy tworzeniu Narodowego Muzeum Indian AmerykaA�skich (NMAI) w Waszyngtonie. Ich syn Bill Snell, Jr. jest prezesem Fundacji Pretty Shield, a Alma przekazaA�a na jej dziaA�alnoA�A� m.in. czA�A�A� dochodA?w ze swych wspomnieA�.

Spisane przez Lindermana wspomnienia Pretty Shield – bodaj pierwszy z wydanych ksiA�A?kowo kobiecych obrazA?w A?ycia dawnych Indian RA?wnin – staA�y siA� waA?nym A?rA?dA�em etnohistorycznym, analizowanym na wydziaA�ach studiA?w o rdzennych Amerykanach i historii ruchu kobiecego. Wydana na kilka lat przed klasycznA� dziA� monografiA� The Crow Indians Roberta Lowiego (1935) i wznowiona po raz pierwszy dopiero w 1974 roku opowieA�A� nie przestaje fascynowaA� czytelnikA?w w Stanach Zjednoczonych i na A�wiecie. Dokumenty i indiaA�skie artefakty zmarA�ego w 1938 roku pisarza spoczywajA� dziA� w bibliotece University of Montana w Missouli, a jego wnuczka Sally Hatfield otwieraA�a poA�wiA�conA� swemu dziadkowi wystawA� w Muzeum Szkolnym w Kalispell, w Montanie. Obok maszyny do pisania Franka Birda Lindermana znalazA�y siA� tam zdjA�cia Pretty Shield i jej wnuczki Almy.

Wprowadzenie (fragment)

Marek NowocieA�

1 Aby uA�atwiA� lekturA� anglojA�zyczne imiona Indian i nazwy geograficzne w zasadniczym tekA�cie opowieA�ci tA�umaczymy na polski, zainteresowanych odsyA�ajA�c do spisu na koA�cu ksiA�A?ki. Zachowujemy teA? oryginalny – stosowany w latach trzydziestych XX wieku, a dziA� juA? archaiczny – sposA?b zapisywania przez Autora indiaA�skich imion (z A�A�cznikami i wielkA� literA� na poczA�tku, czyli PiA�kna-tarcza, a nie PiA�kna Tarcza, jak zapisano by wspA?A�czeA�nie). We wstA�pie podajemy nazwy oryginalnie, w nawiasie ich przekA�ad.

2 Wykaz angielskojA�zycznych biografii Indian Ameryki PA?A�nocnej, ktA?re ukazaA�y siA� dotA�d w polskim przekA�adzie, obejmuje nastA�pujA�ce tytuA�y (chronologicznie):
– Ernie Hearting, Sitting Bull, Nasza KsiA�garnia, Warszawa 1958.
– Don C. Talayesva, WA?dz SA�oA�ca. Autobiografia Indianina z plemienia Hopi, PIW, Warszawa 1964.
– S.M. Barrett, Geronima A?ywot wA�asny, Iskry, Warszawa 1975.
– Theodora Kroeber, Ishi. CzA�owiek dwA?ch A�wiatA?w, Wydawnictwo Literackie, KrakA?w 1978.
– N. Scott Momaday, Imiona, KsiA�A?ka i Wiedza, Warszawa 1982.
– Robert M. Utley, SiedzA�cy Byk, PIW, Warszawa 1993.
– John G. Neihardt, Czarny A?oA�. OpowieA�A� indiaA�skiego szamana, Zysk i S-ka Wydawnictwo, PoznaA� 1994.
– Hugh A. Dempsey, Crowfoot. WA?dz Czarnych StA?p, Akcydens-TIPI, PoznaA�-Wielichowo 1996.
– Charles A. Eastman (Ohiyesa), Moje indiaA�skie dzieciA�stwo, Wyd. Akcydens-TIPI, PoznaA�-Wielichowo 1999.
– Charles A. Eastman (Ohiyesa), Z lasu do cywilizacji. IndiaA�ska autobiografia, TIPI, Wielichowo 2005.
– Robert W. Larson, Czerwona Chmura, TIPI, Wielichowo 2009.
– Nancy Oestreich Lurie, GA?rska Wilczyca, TIPI, Wielichowo 2012.

Spis treA�ci

Wprowadzenie
SA�owo wstA�pne

1 MA?w do mnie znakami
2 Wrony lubiA� bA�aznowaA�
3 MieliA�my obA?z nad Little Bighorn
4 BiaA�y o dobrych oczach
5 Nasz A�wiat byA� inny, zanim odeszA�y bizony
6 Zima byA�a dla nas czasem opowieA�ci
7 Ganianie za bizonami to mA�skie zajA�cie
8 Nie byA�o wA�rA?d nas leni
9 O myszy, ktA?ra teA? byA�a kobietA�
10 ByA�am dumna, gdy pomalowaA� mi twarz
11 Wronki nie kA�adA� siA�, gdy rodzA� dzieci
12 Nie wolno krzywdziA� sikorek
13 To nie jest najlepszy dzieA� dla grzechotnikA?w
14 Lakoci mogA� kA�amaA�
15 Zapytam niedA?wiedzia
16 SpotkaA�am SiedzA�cego-byka
17 Sto bizonich jA�zykA?w
18 Walczyli dzielniej niA? niebiescy A?oA�nierze
19 PA?A?niej juA? nic siA� nie wydarzyA�o.

ZaA�A�cznik
Spis imion

R o z d z i a A�A� A�7

Ganianie za bizonami to mA�skie zajA�cie

PiA�kna-tarcza obiecaA�a mi przynieA�A� trochA� „tytoniowych nasion” – roA�liny co roku sadzonej ceremonialnie przez Wrony. PrzypomniaA�em jej o tym, chcA�c, by zidentyfikowaA� je kompetentny botanik, bo najpierw musiaA�em posiaA� nasiona, a nastA�pnie zebraA� A�odygA�, liA�cie i strA�ki. ObiecaA�a, A?e przyniesie mi nasiona, gdy znA?w wrA?ci do szkoA�y. Nie zapomniaA�a o „tytoniowych nasionach”, wrA�czajA�c mi maA�y pomalowany woreczek, gdy tylko usiedliA�my przy stole na drugi dzieA�.

– Nie trzymaj palcA?w blisko ust po tym, jak trzymaA�eA� nasiona, MA?wiA�cy-gestami – ostrzegA�a mnie, gdy chowaA�em czerwony woreczek do kieszeni pA�aszcza.

ByA�em nieco zaskoczony, A?e tak A�atwo udaA�o mi siA� zdobyA� nasiona. Z wczeA�niejszych doA�wiadczeA� wiedziaA�em, A?e Wrony nie lubiA� przekazywaA� ich obcym. Jednak juA? dwukrotnie udaA�o mi siA� zdobyA� trochA� „tytoniowych nasion” i zmarnowaA� je, wysyA�ajA�c kolegom do identyfikacji. Tym razem zamierzaA�em sam posiaA� nasiona i zebraA� tyle roA�lin, A?eby dowiedzieA� siA� o nich wiA�cej. WiedziaA�em, A?e wedA�ug Wron po raz pierwszy znaleziono je na bagnisku, na wysokim wzgA?rzu miA�dzy ujA�ciem Rosebud i miasteczkiem Miles, po poA�udniowej stronie rzeki Yellowstone, i A?e zdaniem Wron nie rosnA� nigdzie indziej.

– WyjaA�niA� ci, co robimy z tymi tytoniowymi nasionami? – zaproponowaA�a PiA�kna-tarcza, odwiA�zujA�c z gA�owy czarny jedwabny szal palcami zrA�cznymi jak u dziewczynki.

– Nie teraz – odparA�em. – Zapytam ciA� o to – i o wiele innych spraw – w swoim czasie. A teraz opowiedz mi jeszcze o tym, jak byA�aA� maA�a.

– Dobrze – rozeA�miaA�a siA�. – To byA� szczA�A�liwy czas w szczA�A�liwym A�wiecie. ByA�o tA�uste miA�so i radosne A�piewy. OczywiA�cie byA�o teA? wiele rzeczy, ktA?re nas nie cieszyA�y, chociaA? dziA� siA� z nich A�miejemy. Sama czA�sto A�miejA� siA� z rzeczy, ktA?re przeraA?aA�y mnie, gdy byA�am dziewczynkA�. LubiA� siA� A�miaA�. Zawsze lubiA�am. Nasze serca pozostanA� mA�ode, jeA�li im na to pozwolimy. WstaA�a, A?eby zA�oA?yA� koc i uA�oA?yA� go na siedzeniu krzesA�a, zerkajA�c na chichoczA�cA� IdA�cA�-z-innymi.

– Jest grubsza ode mnie – uA�miechnA�A�a siA� z wyraA?nA� satysfakcjA� PiA�kna-tarcza, siadajA�c na kocu – i mA�odsza – dodaA�a swawolnie.

– To, o czym ci teraz opowiem, trwaA�o znacznie krA?cej, niA? potrwa ta opowieA�A� – zaznaczyA�a. – Jak sam zobaczysz, poruszaA�am siA� bardzo szybko, zanim to siA� skoA�czyA�o. Ale dla wszystkich zaczynaA�o siA� doA�A� powoli.

Letni dzieA� byA� upalny. ProsiA�eA�, bym zawsze wspominaA�a, jaka byA�a pogoda, wiA�c to robiA�. DzieA� byA� naprawdA� gorA�cy – tak gorA�cy, A?e konie pociA�y siA� nawet stojA�c w cieniu drzew. Nasz obA?z przez dziesiA�A� dni staA� nad WielkA� RzekA�, nim przenieA�liA�my siA�. ByA� to piA�kny topolowy zagajnik nad wodA�. Kraj, do ktA?rego zmierzaliA�my, nie byA� A�adny, wiA�c my – chyba z dziesiA�A� dziewczA�t – ociA�gaA�yA�my siA� w A�adnym zagajniku jeszcze dA�ugo po znikniA�ciu namiotA?w. PA?A?niej pA�dziA�yA�my, by za nimi nadA�A?yA�, a upalne sA�oA�ce paliA�o nasze konie i nas.

Jedna z dziewczA�t, na szybkim koniu, byA�a daleko z przodu, gdy zatrzymaA�a siA� nad strumieniem, ktA?ry miaA�yA�my przekroczyA�. „PopA�ywajmy tu” – zaproponowaA�a i zsiadA�a z konia, by wejA�A� do wody, nie zdejmujA�c ubrania. MiaA�a na sobie sukienkA� z perkalu. Jej matka kupiA�a materiaA� u biaA�ego handlarza. „ChodA?cie – woA�aA�a, siadajA�c w wodzie, ktA?ra niemal zakrywaA�a jej usta. – Nie warto siA� rozbieraA�. Nie mamy czasu”.

ByA�a starsza od pozostaA�ych. MoA?e A?artowaA�a sobie z nas. WeszA�am jednak do wody i siadA�am obok niej, zapominajA�c, A?e mam skA?rzanA� sukniA�, piA�knie zdobionA� wieloma zA�bami A�osia. Szkoda, A?e nie widziaA�eA� jej, gdy wyszA�am ze strumienia. RozebraA�am siA� wtedy i wyA?A�A�am z niej wodA�, ale wyglA�daA�a fatalnie. WytarA�am jA�, ale byA�a tak porozciA�gana, A?e nie miaA�a ksztaA�tu i wyglA�daA�a strasznie. Inne dziewczA�ta w skA?rzanych sukienkach nie weszA�y do wody w ubraniu, jak ja, wszystkie jednak pomagaA�y mi suszyA� sukienkA�.

Wszystko to zajA�A�o sporo czasu, gdy kA�paA�yA�my siA� i suszyA�yA�my sukienkA�, obA?z oczywiA�cie byA� juA? daleko. Gdy znA?w zaczA�A�yA�my go goniA�, jechaA�yA�my szybkim krokiem, nie poganiajA�c jednak koni. Jedna z dziewczA�t jechaA�a na koniu, ktA?ry niA?sA� na grzbiecie bagaA?. ByA�a najmA�odsza z nas, a jej koA� – stara siwa szkapa – byA� powolny. Nie nadA�A?aA�a i trochA� czuA�am siA� za niA� odpowiedzialna. WiedzA�c, A?e jazda na bagaA?u nie jest zbyt wygodna, zaczekaA�am w koA�cu na niA�.

„ZamieA�my siA� koA�mi – zaproponowaA�am, gdy podjechaA�a. – Pojedziesz na moim, a ja sprA?bujA� chwilA� na twoim”. – Nie chciaA�am oddawaA� jej mojego konia na caA�A� drogA� do domu, ale tak jakoA� wyszA�o.

ZamieniA�yA�my siA�. Tymczasem reszta dziewczA�t byA�a juA? daleko. ZniknA�A�y nawet za wysokim wzgA?rzem, wiA�c goniA�yA�my je jak najszybciej. Po dotarciu na szczyt zobaczyA�am, A?e nasi ludzie wciA�A? idA� na wschA?d, a ku pA?A�nocy zmierza wielkie stado bizonA?w. Stado mogA�o odciA�A� nas od naszych ludzi, ktA?rzy – jak zauwaA?yA�am – mieli zamiar rozbiA� obA?z z powodu bizonA?w. PozostaA�e dziewczA�ta dojeA?dA?aA�y juA? do wA�A?k i byA�y bezpieczne.

„JedA?! JedA?! Szybko! – zawoA�aA�am do mA�odszej dziewczynki na moim dobrym koniu. – JedA? do domu!”.

Nie potrzebowaA�a ponagleA�. WidzA�c zagroA?enie, odjechaA�a, zostawiajA�c mnie z tyA�u, co byA�o jedynym wyjA�ciem. Bizonie stado wA�druje prosto. Nic nie jest w stanie go zawrA?ciA�. To stado byA�o wielkie, z poczA�tku wA�skie, a dalej bardzo szerokie; i naprawdA� pA�dziA�o. Gdybym zawrA?ciA�a – lub zostaA�a tam, gdzie byA�am – porwaA�oby mnie ze sobA�. WiedziaA�am, A?e mogA� zrobiA� tylko jedno – przejechaA� przed nim, podobnie jak pozostaA�e dziewczA�ta. SmagaA�am tA� starA� siwA� klacz, aA? rozbolaA�a mnie rA�ka. Ale nie daA�o to wiele. Nie zdA�A?yA�a. Gdy okrA�A?yA�o mnie wielkie stado, straciA�am nadziejA�, A?e zobaczA� jeszcze kiedyA� swA?j lud. Stara klacz pobiegA�a razem z bizonami. MusiaA�a, a ja puA�ciA�am rzemieA�, by obiema rA�kami trzymaA� siA� bagaA?u. Nie sA�yszaA�am nic, oprA?cz dudnienia kopyt i nie widziaA�am nic w oA�lepiajA�cym kurzu, podczas gdy stara klacz – popychana to tu, to tam – biegA�a z bizonami. ZauwaA?yA�am, A?e nas mijajA�, biegnA�c szybciej od nas, ale przy tak wielkim stadzie stara szkapa zdechA�aby o wiele wczeA�niej, niA? minA�A�aby nas koA�cA?wka stada. Gdyby potknA�A�a siA� w kurzu, gdyby wpadA�a w borsuczA� norA� i wywrA?ciA�a siA�, obie zostaA�ybyA�my zmiaA?dA?one na kawaA�eczki zbyt maA�e, by zwrA?ciA� uwagA� choA�by sroki. ZastanawiaA�am siA�, gdzie jest mA?j rzemieA�. Gdyby spadA� i wlA?kA� siA� po ziemi, to mA?gA� na niego nadepnA�A� jakiA� bizon, a wtedy przewrA?ciA�ybyA�my siA�. TrzymajA�c siA� jednA� rA�kA� bagaA?u, drugA� siA�gnA�A�am po rzemieA� i znalazA�am go owiniA�ty wokA?A� rA�ki, ktA?rA� trzymaA�am siA� bagaA?u.

Ledwie poczuA�am lekkA� ulgA� z tego powodu, wielki byk szturchnA�A� pakunek na boku klaczy. PoczuA�am, jak rusza siA� siodA�o. OdchylajA�c siA� daleko, obciA�A?yA�am bagaA? z drugiej strony; ale tamten pakunek odpadaA�. Trudno mi byA�o utrzymaA� siA�. BolaA�y mnie rA�ce. SzumiaA�o mi w gA�owie. WiedziaA�am, A?e nie wytrzymam dA�ugo i wtedy coA� uderzyA�o mnie w twarz, uderzyA�o tak mocno, A?e osunA�A�am siA� w kurzu. Stara szkapa zaczA�A�a zwalniaA�, zatrzymujA�c siA� wreszcie tak gwaA�townie, A?e przeleciaA�am jej nad gA�owA�. Wow! PiA�kna-tarcza, mA?wiA�c szybko, z dA�oniA� na stole, uniosA�a siA�. Nagle, jakby naprawdA� pA�dzA�c ze stadem bizonA?w, siadA�a ociA�A?ale.

– ByA�am tak przeraA?ona, A?e nie dostrzegA�am ojca, ktA?ry poganiajA�c swego wierzchowca do polowaA� na bizony, wydostaA� nas – starA� szkapA� i mnie – ze stada – zakoA�czyA�a, ocierajA�c szalem pot z czoA�a. – To, co uderzyA�o mnie w twarz, to byA� rzemieA� z surowej skA?ry. CzA�owiek, ktA?rego inni Wrony nazywali Pecunnie, schwytaA� starA� klacz, gdy tylko ojciec zapA�dziA� jA� wystarczajA�co blisko krawA�dzi stada. Klacz oszalaA�a i zapewne wkrA?tce by padA�a.

Ojciec musiaA� jechaA� koA�o mnie juA? od dA�uA?szego czasu, wyciA�gajA�c starA� biaA�A� szkapA� ze stada, podczas gdy Pecunnie pA�dziA� wzdA�uA? jego obrzeA?y z rzemieniem w pogotowiu. Matka, siostry i bracia naprawdA� cieszyli siA�, gdy weszA�am do namiotu – dokoA�czyA�a zmA�czona bardziej niA? kiedykolwiek.

– Szalony koA� to coA� strasznego – podjA�A�a. – Pewnej jesieni, gdy liA�cie zaczynaA�y zmieniaA� barwy, my, dziewczA�ta – bawiA�c siA� i A�piewajA�c jak zwykle – wyjechaA�yA�my przed kolumnA� z wA�A?kami. ByA�yA�my za wojownikami, ale doA�A� daleko przed kobietami, gdy dogoniA�a nas matka jednej z dziewczA�t. PoprosiA�a cA?rkA�, ktA?ra byA�a wtedy mojA� najbliA?szA� przyjaciA?A�kA�, o pomoc przy pA�dzeniu stada koni, a ta oczywiA�cie zawrA?ciA�a, by pomA?c matce.

KoA�, na ktA?rym jechaA�a przyjaciA?A�ka, zawsze byA� A�agodny, ale gdy tylko zaczA�A�a pomagaA� mamie przy stadzie, oszalaA�. PoniA?sA� i zrzuciA� jA� tak, A?e noga uwiA�zA�a jej w strzemieniu i ciA�gnA�A� jA� w ten sposA?b. WidziaA�am wszystko. ChoA� wolaA�abym tego nie widzieA�. Serce mi stanA�A�o, gdy ujrzaA�am swojA� przyjaciA?A�kA� za szarpiA�cym siA� i wierzgajA�cym koniem. A wA�aA�nie tam rA?wniny poroA�niA�te byA�y kaktusami. Ach, byA�o to coA� strasznego – zA�e wspomnienie, ktA?rego nie mogA� jednak zapomnieA�.

Jeden z mA�A?czyzn zA�apaA� tego oszalaA�ego konia i zatrzymaliA�my siA�. Twarz i ciaA�o mojej przyjaciA?A�ki strasznie spuchA�y, nim rozbiliA�my namiot. UsiA�owaliA�my powyciA�gaA� igA�y kaktusA?w. StaraliA�my siA� to robiA� jak najszybciej, ale tymczasem moja przyjaciA?A�ka zmarA�a. To zasmuciA�o mnie na caA�A� jesieA�, a nawet zimA�. SiedziaA�a smutno przez chwilA�. Po chwili zobaczyA�em, jak unosi gA�owA�, nasA�uchujA�c stada koni pA�dzonego za szkoA�A�.

– OpowiadaA�am ci juA?, jak koA� ojca do polowaA� na bizony uciekA� ze mnA�? – zapytaA�a, jakby odgA�os kopyt przypomniaA� jej tA� historiA�.

– Nie – zaprzeczyA�em.

– Gniadosz maA�ciA� przypominaA� jelenia i byA� naprawdA� szybki – podjA�A�a, znA?w peA�na A?ycia. – Ojciec mawiaA�, A?e w caA�ym plemieniu Wron nie ma szybszego i bystrzejszego konia niA? jego wierzchowiec do polowaA� na bizony. SA�dzA�, A?e ukradA� go Lakotom. ByA� zawsze dobrze odA?ywiony i piA�knie siA� prezentowaA�. A byA� tak spokojny, A?e nawet maA�e dziecko byA�o na nim bezpieczne. Ale jak juA? zaczA�A� biec za bizonami! Ach, wtedy robiA� siA� naprawdA� dziki, szalony. Nawet silny mA�A?czyzna nie zatrzymaA�by go, gdy juA? ruszyA� za bizonami.

MA?j ojciec nigdy nie jeA?dziA� na nim podczas przenosin obozu, nie marnowaA� go w gA�upi sposA?b, wiA�c czasami po dA�uA?szym odpoczynku koA� byA� nawet zbyt A?wawy. Pewnego ranka, gdy przenosiliA�my obA?z, ojciec pozwoliA� mi przejechaA� siA� na gniadoszu. MiaA�am dopiero dziesiA�A� lat i nie mogA�am byA� dla niego ciA�A?arem. A jednak moja jazda na nim tamtego dnia to byA�o coA�.

PrzenosiliA�my siA� ze ZgniA�ej-trawy do Trawy-namiotA?w. ByA�am z siebie tak dumna, A?e nie mogA�am doczekaA� siA� odszukania paru koleA?anek, A?eby mogA�y podziwiaA� szybkiego konia do polowaA� na bizony, naleA?A�cego do mojego ojca. Razem czekaA�yA�my, aA? ruszA� wA�A?ki, a wtedy jeA?dziA�yA�my to tu, to tam, a nawet zatrzymywaA�yA�my siA�, by pokopaA� piA�kA�. Gdy sA�oA�ce byA�o w poA�owie drogi, natknA�A�yA�my siA� na bizony, a wiele krA?w miaA�o obok siebie cielaki. PomyA�laA�am, A?e schwytam jakiegoA� cielaka – ot tak, na pokaz. PopeA�niA�am wielki bA�A�d, kierujA�c konia w stronA� stada.

ZorientowaA� siA�, A?e pewnie chcA� cielaka i wybraA� dla mnie jednego, dobrA� tA�ustA� sztukA�. ZarzuciA�am na niego rzemieA�, ale chybiA�am. Gniadosz trzymaA� siA� cielaka, jak A?aden inny. Nim zorientowaA�am siA�, co siA� dzieje, znalazA�am siA� w A�rodku stada na koniu pA�dzA�cym niczym wiatr za cielakiem, unikajA�cym setek krA?w i cielakA?w, i nie zamierzajA�cym odpuA�ciA� temu, ktA?rego wybraA�. PuA�ciA�am wodze, na szczA�A�cie krA?tkie, by przytrzymaA� siA� siodA�a. W kaA?dej chwili mogA�am dotknA�A� cielaka rA�kA�, ale juA? nie chciaA�am. Rozczarowany, A?e nie strzelam, gniadosz kopnA�A� cielaka przednim kopytem, powalajA�c go i przeskakujA�c nad nim, by uniknA�A� upadku.

Gdy to zrobiA�, krzyknA�A�am. I to wA�aA�ciwie caA�a historia. Ojciec, ktA?ry zastanawiaA� siA�, co mogA�o zatrzymaA� nas tak dA�ugo, wrA?ciA� po nas. OdebraA� mi jeleniego gniadosza. „Ten koA� ma wiA�cej rozumu od ciebie – rzuciA�. – UznaA�, A?e skoro juA? trzeba upolowaA� jakieA� miA�so, to najlepiej zrobi to sam; a wtedy ty wrzasnA�A�aA�” – A�miaA� siA�.
Jednak uganianie siA� za bizonami to mA�skie zajA�cie – dodaA�a PiA�kna-tarcza refleksyjnie. – Za kaA?dym razem, gdy znalazA�am siA� w stadzie bizonA?w, chciaA�am byA� gdziekolwiek indziej. Dobre konie do polowaA� na bizony zawsze wpadaA�y w szaA�, gdy gnaA�y za bizonami. Nawet juczne konie gA�upiaA�y czasami i myA�laA�y, A?e A�cigajA� bizony – zachichotaA�a.

PrzeA�. Marek NowocieA�

Frank B. Linderman, PiA�kna-tarcza. Szamanka z plemienia Wron

przeA�. Marek NowocieA�, TIPI, Wielichowo 2013, Biblioteka „Tawacinu” nr 41, ISBN 978-83-62490-15-8, format 145A�205, stron 164cena 19,50 zA�

ZamA?wienia moA?na skA�adaA� pisemnie, telefonicznie (061) 44 33 058 lub drogA� elektronicznA� tipi@tipi.pl

Realizacja zamA?wieA� w kolejnoA�ci ich nadsyA�ania.