Piękna Tarcza. Szamanka z plemienie Wron

tarczaKoniec „złotego wieku” myśliwskiej kultury Wron był tak gwałtowny i bolesny, że – jak wspominał później Plenty Coups – „Kiedy bizony odeszły, serca naszych ludzi upadły na ziemię i nie mogli ich już podźwignąć. Później nie było już nic”. Tradycyjnej, opartej na ustnych przekazach, kulturze i historii plemiennej groziło zapomnienie. Część naszej dzisiejszej wiedzy o dawnym życiu ludu Wron zapewne by nie przetrwała, gdyby nie dwie osoby, które postanowiły ocalić od zapomnienia kobiecą opowieść o ludzie – jak powszechnie wówczas sądzono – skazanym na wymarcie.

Jedną z nich był urodzony w Ohio w 1869 roku Frank Bird Linderman, który do Montany przyjechał jako nastolatek. Sporo podróżował po tym zasiedlanym dopiero od niedawna przez białych terytorium, żył z Indianami, imał się rozmaitych zajęć, pisywał do gazet. Z czasem został pisarzem, lokalnym politykiem, etnologiem, znawcą i zaufanym przyjacielem Indian.

Drugą była starsza pani z plemienia Wron o imieniu Pretty Shield (Piękna Tarcza)1, która w 1931 roku swoimi wspomnieniami z dawnych lat podzieliła się z Lindermanem. Licząca wówczas siedemdziesiąt cztery lata, Pretty Shield uchodziła w swojej społeczności za osobę obdarzoną szczególną mocą i zdolnością leczenia chorób (stąd zwano ją medicine woman, kobietą leczącą, mądrą, szamanką). Jedyna opiekunka kilku wnuczek, określana przez współczesnych jako kobieta niezależna i pełna życia, dowcipna i szczera – okazała się idealną rozmówczynią Lindermana w czasach, gdy poufne rozmowy Indianek Równin z białymi były czymś wyjątkowym.

Zanim poznał Pretty Shield, Linderman – autor m.in. biografii wodza Plenty Coups – nie spodziewał się, że kiedykolwiek uda mu się namówić do zwierzeń jedną z „nieśmiałych i skromnych” – jak sam je opisywał – Indianek. Spotkanie z aktywną, otwartą i pełną zapału babcią z plemienia Wron, która sama uważała się za działaczkę i nauczycielkę, szybko i zasadniczo zmieniło jego punkt widzenia.

„Nic nie przyjdzie do ciebie samo, idź i szukaj! Słuchaj uważnie, bo mentorzy nie żyją wiecznie. Pewnego dnia znajdziesz się na ich miejscu, zostaniesz mentorem, tak jak oni” – wspominała nauki Pretty Shield jej wnuczka Alma Hogan Snell. Zakorzeniona w ustnych tradycjach Wron gawędziarka znalazła w białym gościu indiańskiego osiedla Crow Agency wdzięcznego słuchacza. W pustym budynku szkolnym, pod drzewami w parku lub w jednoizbowym domu Pretty Shield rozmawiali za pomocą języka gestów lub za pośrednictwem tłumaczki. Linderman przynosił drobne prezenty dla wnuczek, babcia zaparzała kawę i pogrążali się w rozmowie jak para dobrych starych znajomych.

Mieszkający od blisko pół wieku w Montanie pisarz miał wielu indiańskich przyjaciół. Był honorowym członkiem trzech plemion: Czarne Stopy nazwali go Iron Tooth (Żelaznym Zębem), Wrony nadali mu imię Great Sign Talker (Wielki Mówiący Gestami), a dla Kri był The Man Who Looks Through Glasses (Tym, Który Patrzy Przez Szkła). Swoich tubylczych przyjaciół Linderman wspierał nie tylko radą, ale i finansowo. Zabiegał o zwiększenie pomocy dla cierpiących biedę mieszkańców rezerwatów, a przybyłej do Montany z Kanady grupie Indian Kri i Czipewejów pomógł w zabiegach o znalezienie nowej ojczyzny i utworzenie rezerwatu Rocky Boy (1916).

W zamian Indianie Montany obdarzyli Lindermana zaufaniem, jakim cieszyło się wówczas niewielu białych. Opowieści o najintymniejszych momentach swego życia nie powierzyliby tak szczerze żadnemu etnologowi czy historykowi. A pisarz odwdzięczył się im talentem słuchania, dokładnością i skromnością. „Jestem przekonany, że żaden biały nigdy nie poznał Indian dogłębnie – pisał. – Badałem Indian przez ponad czterdzieści lat, nie na chłodno, lecz z sympatią; ale nawet teraz nie sądzę, bym wiedział o nich wiele. Powtarzali mi po wielokroć, że ich znam, że , ale czy tak jest – nie mam pewności”.

Linderman zdawał sobie sprawę, że na opowieści Pretty Shield składały się nie tylko osobiste wspomnienia, ale też mity Wron, wychowawcze gawędy, prorocze sny i zwykłe „babcine bajanie”. Wszystko spisywał i uważał za równie cenne pod jednym warunkiem – że dotyczyło życia kobiet i doświadczeń jego rozmówczyni. Znajomość języka gestów pozwalała pisarzowi weryfikować pracę tłumaczki, starającej się możliwie wiernie oddać po angielsku bogactwo myśli i gestów swej przyjaciółki.

Pierwsze wydanie wspomnień Pretty Shield nosiło tytuł Red Mother i ukazało się w 1932 roku. Był to czas Wielkiego Kryzysu i książka sprzedawała się słabo, ale znalazła uznanie specjalistów. Etnolog Robert Lowie uznał, że jest nawet wartościowsza niż biografia słynnego wodza Plenty Coups. Recenzenci pisali, że dopełnia – przedstawiany dotąd wyłącznie z męskiej perspektywy – obraz Wron i „powinna pomóc w rozwianiu błędnego wyobrażenia o Indiankach jako nieszczęsnych popychadłach”. Czas pokazał, że mieli rację; uważana za kobiecy odpowiednik Czarnego Łosia (Black Elk Speaks, wydanej w tym samym roku autobiografii szamana Siuksów)2 pierwsza autobiografia Wronki – i pierwsza książka ukazująca szczegóły tradycyjnego życia Indian Równin z kobiecego punktu widzenia – na trwałe weszła do światowej literatury przedmiotu.

Dzięki opowieści Pretty Shield poznajemy zarówno proces dojrzewania dziewczyny z myśliwskiej społeczności Wron, jak i skutki tego procesu w jej dojrzałym życiu. Spotykamy młodą kobietę oddaną rodzinie i przyjaciołom, ciekawą życia, a nawet skłonną do podejmowania ryzyka. Obserwujemy, jak dojrzewa do małżeństwa (z przyszłym zwiadowcą gen. Custera), opłakuje śmierć córki i rozmawia ze zwierzętami – w tym z „ludem mrówek”, które uznała za swych duchowych pomocników. Poznajemy kobietę dumną z zaszczytu dosiadania wojennego rumaka męża, ale i lamentującą nad nadmierną jej zdaniem skłonnością wojowników Wron do wojaczki. Stajemy się świadkami codziennych kobiecych czynności obozowych, intymnych chwil porodu i pełnych magii ceremonii leczniczych. Oczami Indianki spoglądamy na życie rodzinne wędrownej społeczności i zajęcia mężczyzn, słuchamy jej wersji znanych historycznych wydarzeń, razem z Pretty Shield doświadczamy i przeżywamy zmierzch tradycyjnego świata Wron i Wronek – jej świata.

Gdy Linderman poprosił Pretty Shield, by opowiedziała o czasach po 1883 roku, „gdy bizony odeszły” – odmówiła. „Nie mam o czym opowiadać, bo nic nie robiliśmy” – wyjaśniała. I trudno się dziwić kobiecie, która za najszczęśliwsze momenty życia uważała należące do przeszłości wędrówki za stadami bizonów – Indiance, której dwie córki zmarły na powszechne w rezerwatach choroby, pozostawiając babci niełatwy obowiązek zaopiekowania się wnuczkami. Najmłodsza z nich Alma Snell opublikowała później własną biografię, która nie pozostawia wątpliwości co do szacunku i miłości, którymi darzyła Pretty Shield.

We wspomnieniach Almy nawet osiemdziesięcioletnia już babcia nadal żyła w rezerwacie po swojemu: wykopywała jadalne korzenie, tłukła mięso na kamieniu przed domkiem, prała ubrania w rzece Little Bighorn, chodziła po drewno na opał i szyła ubrania dla wnuczek z własnoręcznie wyprawianych skór. Wielu spośród okolicznych mieszkańców znała od dziecka – nic więc dziwnego, że dzieliła się z nimi pożywieniem, uprawiała z nimi drobny hazard czy po prostu śpiewała z babciami z sąsiedztwa.

Wykonując chętnie tradycyjne czynności Wronek, Pretty Shield ceniła też niektóre współczesne wynalazki. Do szycia ubrań używała fabrycznych igieł i nici, ale już mokasyny zszywała i naprawiała ścięgnem. Nie chciała pralki z wyżymaczką, ale mydło do prania kupowała w sklepie. Zgodnie z ówczesną modą pogranicza nosiła długą bawełnianą suknię i dwie spódnice, niewielką gotówkę chowała w woreczku pod spódnicą, czesała się grzebieniem i – jak wspomina wnuczka – „uwielbiała konserwowe pomidory z makaronem”.

Chociaż jej mąż, który wcześniej przyjął chrześcijaństwo, nie był z tego zadowolony, to Pretty Shield nie widziała sprzeczności między naukami misjonarzy i sięganiem w razie potrzeby do łączących magię i medycynę tradycyjnych praktyk Wron. Będąc już starszą panią, wstąpiła też do Klubu Kobiet Wron, który zabiegał o zmiany w dziedzinie oświaty i opieki zdrowotnej w rezerwacie, domagając się od urzędników szacunku i uczciwości. Wraz z innymi członkiniami Klubu wyjeżdżała na spotkania w miastach i osiedlach Montany. Gdy zmarła w 1944 roku, ostatnim ogniwem łączącym jej wnuczki z przeszłością ludu Wron pozostały opowieści babci utrwalone przez Lindermana – i ich własne wspomnienia.

„Wnuczka swojej babci” Alma Hogan Snell (1923-2008) została historykiem Wron, etnobotanikiem, zielarką i pisarką (napisała Grandmothers’ Grandchild, My Crow Indian Life i A Taste of Heritage, Crow Indian Recipes and Herbal Remedies). Alma, laureatka doktoratu honoris causa Montana State University w Billings, lecząc i ucząc zdrowego stylu życia, łączyła podstawy chrześcijaństwa z tubylczym szacunkiem dla sił przyrody i zasłużyła na nadane jej przez Wrony imię Well Known Woman (Dobrze Znana Kobieta). Jej córka Pearl Jean Buchanan (dla Wron – Pretty Shield) odziedziczyła po prababci nie tylko imię, ale też otwartość na potrzeby społeczności, wygrywając w jej imieniu proces z władzami Chicago.

Fundacja powołana przez potomków Pretty Shield wspiera organizację charytatywną z Billings, która wyszukuje w Montanie rodziny zastępcze dla indiańskich sierot. Alma i jej mąż Bill (przeżyli razem 60 lat, choć pochodził z wrogiego niegdyś Wronom plemienia Assiniboine) byli konsultantami przy tworzeniu Narodowego Muzeum Indian Amerykańskich (NMAI) w Waszyngtonie. Ich syn Bill Snell, Jr. jest prezesem Fundacji Pretty Shield, a Alma przekazała na jej działalność m.in. część dochodów ze swych wspomnień.

Spisane przez Lindermana wspomnienia Pretty Shield – bodaj pierwszy z wydanych książkowo kobiecych obrazów życia dawnych Indian Równin – stały się ważnym źródłem etnohistorycznym, analizowanym na wydziałach studiów o rdzennych Amerykanach i historii ruchu kobiecego. Wydana na kilka lat przed klasyczną dziś monografią The Crow Indians Roberta Lowiego (1935) i wznowiona po raz pierwszy dopiero w 1974 roku opowieść nie przestaje fascynować czytelników w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Dokumenty i indiańskie artefakty zmarłego w 1938 roku pisarza spoczywają dziś w bibliotece University of Montana w Missouli, a jego wnuczka Sally Hatfield otwierała poświęconą swemu dziadkowi wystawę w Muzeum Szkolnym w Kalispell, w Montanie. Obok maszyny do pisania Franka Birda Lindermana znalazły się tam zdjęcia Pretty Shield i jej wnuczki Almy.

Wprowadzenie (fragment)

Marek Nowocień

1 Aby ułatwić lekturę anglojęzyczne imiona Indian i nazwy geograficzne w zasadniczym tekście opowieści tłumaczymy na polski, zainteresowanych odsyłając do spisu na końcu książki. Zachowujemy też oryginalny – stosowany w latach trzydziestych XX wieku, a dziś już archaiczny – sposób zapisywania przez Autora indiańskich imion (z łącznikami i wielką literą na początku, czyli Piękna-tarcza, a nie Piękna Tarcza, jak zapisano by współcześnie). We wstępie podajemy nazwy oryginalnie, w nawiasie ich przekład.

2 Wykaz angielskojęzycznych biografii Indian Ameryki Północnej, które ukazały się dotąd w polskim przekładzie, obejmuje następujące tytuły (chronologicznie):
– Ernie Hearting, Sitting Bull, Nasza Księgarnia, Warszawa 1958.
– Don C. Talayesva, Wódz Słońca. Autobiografia Indianina z plemienia Hopi, PIW, Warszawa 1964.
– S.M. Barrett, Geronima żywot własny, Iskry, Warszawa 1975.
– Theodora Kroeber, Ishi. Człowiek dwóch światów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.
– N. Scott Momaday, Imiona, Książka i Wiedza, Warszawa 1982.
– Robert M. Utley, Siedzący Byk, PIW, Warszawa 1993.
– John G. Neihardt, Czarny Łoś. Opowieść indiańskiego szamana, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 1994.
– Hugh A. Dempsey, Crowfoot. Wódz Czarnych Stóp, Akcydens-TIPI, Poznań-Wielichowo 1996.
– Charles A. Eastman (Ohiyesa), Moje indiańskie dzieciństwo, Wyd. Akcydens-TIPI, Poznań-Wielichowo 1999.
– Charles A. Eastman (Ohiyesa), Z lasu do cywilizacji. Indiańska autobiografia, TIPI, Wielichowo 2005.
– Robert W. Larson, Czerwona Chmura, TIPI, Wielichowo 2009.
– Nancy Oestreich Lurie, Górska Wilczyca, TIPI, Wielichowo 2012.

Spis treści

Wprowadzenie
Słowo wstępne

1 Mów do mnie znakami
2 Wrony lubią błaznować
3 Mieliśmy obóz nad Little Bighorn
4 Biały o dobrych oczach
5 Nasz świat był inny, zanim odeszły bizony
6 Zima była dla nas czasem opowieści
7 Ganianie za bizonami to męskie zajęcie
8 Nie było wśród nas leni
9 O myszy, która też była kobietą
10 Byłam dumna, gdy pomalował mi twarz
11 Wronki nie kładą się, gdy rodzą dzieci
12 Nie wolno krzywdzić sikorek
13 To nie jest najlepszy dzień dla grzechotników
14 Lakoci mogą kłamać
15 Zapytam niedźwiedzia
16 Spotkałam Siedzącego-byka
17 Sto bizonich języków
18 Walczyli dzielniej niż niebiescy żołnierze
19 Później już nic się nie wydarzyło.

Załącznik
Spis imion

R o z d z i a ł   7

Ganianie za bizonami to męskie zajęcie

Piękna-tarcza obiecała mi przynieść trochę „tytoniowych nasion” – rośliny co roku sadzonej ceremonialnie przez Wrony. Przypomniałem jej o tym, chcąc, by zidentyfikował je kompetentny botanik, bo najpierw musiałem posiać nasiona, a następnie zebrać łodygę, liście i strąki. Obiecała, że przyniesie mi nasiona, gdy znów wróci do szkoły. Nie zapomniała o „tytoniowych nasionach”, wręczając mi mały pomalowany woreczek, gdy tylko usiedliśmy przy stole na drugi dzień.

– Nie trzymaj palców blisko ust po tym, jak trzymałeś nasiona, Mówiący-gestami – ostrzegła mnie, gdy chowałem czerwony woreczek do kieszeni płaszcza.

Byłem nieco zaskoczony, że tak łatwo udało mi się zdobyć nasiona. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że Wrony nie lubią przekazywać ich obcym. Jednak już dwukrotnie udało mi się zdobyć trochę „tytoniowych nasion” i zmarnować je, wysyłając kolegom do identyfikacji. Tym razem zamierzałem sam posiać nasiona i zebrać tyle roślin, żeby dowiedzieć się o nich więcej. Wiedziałem, że według Wron po raz pierwszy znaleziono je na bagnisku, na wysokim wzgórzu między ujściem Rosebud i miasteczkiem Miles, po południowej stronie rzeki Yellowstone, i że zdaniem Wron nie rosną nigdzie indziej.

– Wyjaśnić ci, co robimy z tymi tytoniowymi nasionami? – zaproponowała Piękna-tarcza, odwiązując z głowy czarny jedwabny szal palcami zręcznymi jak u dziewczynki.

– Nie teraz – odparłem. – Zapytam cię o to – i o wiele innych spraw – w swoim czasie. A teraz opowiedz mi jeszcze o tym, jak byłaś mała.

– Dobrze – roześmiała się. – To był szczęśliwy czas w szczęśliwym świecie. Było tłuste mięso i radosne śpiewy. Oczywiście było też wiele rzeczy, które nas nie cieszyły, chociaż dziś się z nich śmiejemy. Sama często śmieję się z rzeczy, które przerażały mnie, gdy byłam dziewczynką. Lubię się śmiać. Zawsze lubiłam. Nasze serca pozostaną młode, jeśli im na to pozwolimy. Wstała, żeby złożyć koc i ułożyć go na siedzeniu krzesła, zerkając na chichoczącą Idącą-z-innymi.

– Jest grubsza ode mnie – uśmiechnęła się z wyraźną satysfakcją Piękna-tarcza, siadając na kocu – i młodsza – dodała swawolnie.

– To, o czym ci teraz opowiem, trwało znacznie krócej, niż potrwa ta opowieść – zaznaczyła. – Jak sam zobaczysz, poruszałam się bardzo szybko, zanim to się skończyło. Ale dla wszystkich zaczynało się dość powoli.

Letni dzień był upalny. Prosiłeś, bym zawsze wspominała, jaka była pogoda, więc to robię. Dzień był naprawdę gorący – tak gorący, że konie pociły się nawet stojąc w cieniu drzew. Nasz obóz przez dziesięć dni stał nad Wielką Rzeką, nim przenieśliśmy się. Był to piękny topolowy zagajnik nad wodą. Kraj, do którego zmierzaliśmy, nie był ładny, więc my – chyba z dziesięć dziewcząt – ociągałyśmy się w ładnym zagajniku jeszcze długo po zniknięciu namiotów. Później pędziłyśmy, by za nimi nadążyć, a upalne słońce paliło nasze konie i nas.

Jedna z dziewcząt, na szybkim koniu, była daleko z przodu, gdy zatrzymała się nad strumieniem, który miałyśmy przekroczyć. „Popływajmy tu” – zaproponowała i zsiadła z konia, by wejść do wody, nie zdejmując ubrania. Miała na sobie sukienkę z perkalu. Jej matka kupiła materiał u białego handlarza. „Chodźcie – wołała, siadając w wodzie, która niemal zakrywała jej usta. – Nie warto się rozbierać. Nie mamy czasu”.

Była starsza od pozostałych. Może żartowała sobie z nas. Weszłam jednak do wody i siadłam obok niej, zapominając, że mam skórzaną suknię, pięknie zdobioną wieloma zębami łosia. Szkoda, że nie widziałeś jej, gdy wyszłam ze strumienia. Rozebrałam się wtedy i wyżęłam z niej wodę, ale wyglądała fatalnie. Wytarłam ją, ale była tak porozciągana, że nie miała kształtu i wyglądała strasznie. Inne dziewczęta w skórzanych sukienkach nie weszły do wody w ubraniu, jak ja, wszystkie jednak pomagały mi suszyć sukienkę.

Wszystko to zajęło sporo czasu, gdy kąpałyśmy się i suszyłyśmy sukienkę, obóz oczywiście był już daleko. Gdy znów zaczęłyśmy go gonić, jechałyśmy szybkim krokiem, nie poganiając jednak koni. Jedna z dziewcząt jechała na koniu, który niósł na grzbiecie bagaż. Była najmłodsza z nas, a jej koń – stara siwa szkapa – był powolny. Nie nadążała i trochę czułam się za nią odpowiedzialna. Wiedząc, że jazda na bagażu nie jest zbyt wygodna, zaczekałam w końcu na nią.

„Zamieńmy się końmi – zaproponowałam, gdy podjechała. – Pojedziesz na moim, a ja spróbuję chwilę na twoim”. – Nie chciałam oddawać jej mojego konia na całą drogę do domu, ale tak jakoś wyszło.

Zamieniłyśmy się. Tymczasem reszta dziewcząt była już daleko. Zniknęły nawet za wysokim wzgórzem, więc goniłyśmy je jak najszybciej. Po dotarciu na szczyt zobaczyłam, że nasi ludzie wciąż idą na wschód, a ku północy zmierza wielkie stado bizonów. Stado mogło odciąć nas od naszych ludzi, którzy – jak zauważyłam – mieli zamiar rozbić obóz z powodu bizonów. Pozostałe dziewczęta dojeżdżały już do włók i były bezpieczne.

„Jedź! Jedź! Szybko! – zawołałam do młodszej dziewczynki na moim dobrym koniu. – Jedź do domu!”.

Nie potrzebowała ponagleń. Widząc zagrożenie, odjechała, zostawiając mnie z tyłu, co było jedynym wyjściem. Bizonie stado wędruje prosto. Nic nie jest w stanie go zawrócić. To stado było wielkie, z początku wąskie, a dalej bardzo szerokie; i naprawdę pędziło. Gdybym zawróciła – lub została tam, gdzie byłam – porwałoby mnie ze sobą. Wiedziałam, że mogę zrobić tylko jedno – przejechać przed nim, podobnie jak pozostałe dziewczęta. Smagałam tę starą siwą klacz, aż rozbolała mnie ręka. Ale nie dało to wiele. Nie zdążyła. Gdy okrążyło mnie wielkie stado, straciłam nadzieję, że zobaczę jeszcze kiedyś swój lud. Stara klacz pobiegła razem z bizonami. Musiała, a ja puściłam rzemień, by obiema rękami trzymać się bagażu. Nie słyszałam nic, oprócz dudnienia kopyt i nie widziałam nic w oślepiającym kurzu, podczas gdy stara klacz – popychana to tu, to tam – biegła z bizonami. Zauważyłam, że nas mijają, biegnąc szybciej od nas, ale przy tak wielkim stadzie stara szkapa zdechłaby o wiele wcześniej, niż minęłaby nas końcówka stada. Gdyby potknęła się w kurzu, gdyby wpadła w borsuczą norę i wywróciła się, obie zostałybyśmy zmiażdżone na kawałeczki zbyt małe, by zwrócić uwagę choćby sroki. Zastanawiałam się, gdzie jest mój rzemień. Gdyby spadł i wlókł się po ziemi, to mógł na niego nadepnąć jakiś bizon, a wtedy przewróciłybyśmy się. Trzymając się jedną ręką bagażu, drugą sięgnęłam po rzemień i znalazłam go owinięty wokół ręki, którą trzymałam się bagażu.

Ledwie poczułam lekką ulgę z tego powodu, wielki byk szturchnął pakunek na boku klaczy. Poczułam, jak rusza się siodło. Odchylając się daleko, obciążyłam bagaż z drugiej strony; ale tamten pakunek odpadał. Trudno mi było utrzymać się. Bolały mnie ręce. Szumiało mi w głowie. Wiedziałam, że nie wytrzymam długo i wtedy coś uderzyło mnie w twarz, uderzyło tak mocno, że osunęłam się w kurzu. Stara szkapa zaczęła zwalniać, zatrzymując się wreszcie tak gwałtownie, że przeleciałam jej nad głową. Wow! Piękna-tarcza, mówiąc szybko, z dłonią na stole, uniosła się. Nagle, jakby naprawdę pędząc ze stadem bizonów, siadła ociężale.

– Byłam tak przerażona, że nie dostrzegłam ojca, który poganiając swego wierzchowca do polowań na bizony, wydostał nas – starą szkapę i mnie – ze stada – zakończyła, ocierając szalem pot z czoła. – To, co uderzyło mnie w twarz, to był rzemień z surowej skóry. Człowiek, którego inni Wrony nazywali Pecunnie, schwytał starą klacz, gdy tylko ojciec zapędził ją wystarczająco blisko krawędzi stada. Klacz oszalała i zapewne wkrótce by padła.

Ojciec musiał jechać koło mnie już od dłuższego czasu, wyciągając starą białą szkapę ze stada, podczas gdy Pecunnie pędził wzdłuż jego obrzeży z rzemieniem w pogotowiu. Matka, siostry i bracia naprawdę cieszyli się, gdy weszłam do namiotu – dokończyła zmęczona bardziej niż kiedykolwiek.

– Szalony koń to coś strasznego – podjęła. – Pewnej jesieni, gdy liście zaczynały zmieniać barwy, my, dziewczęta – bawiąc się i śpiewając jak zwykle – wyjechałyśmy przed kolumnę z włókami. Byłyśmy za wojownikami, ale dość daleko przed kobietami, gdy dogoniła nas matka jednej z dziewcząt. Poprosiła córkę, która była wtedy moją najbliższą przyjaciółką, o pomoc przy pędzeniu stada koni, a ta oczywiście zawróciła, by pomóc matce.

Koń, na którym jechała przyjaciółka, zawsze był łagodny, ale gdy tylko zaczęła pomagać mamie przy stadzie, oszalał. Poniósł i zrzucił ją tak, że noga uwięzła jej w strzemieniu i ciągnął ją w ten sposób. Widziałam wszystko. Choć wolałabym tego nie widzieć. Serce mi stanęło, gdy ujrzałam swoją przyjaciółkę za szarpiącym się i wierzgającym koniem. A właśnie tam równiny porośnięte były kaktusami. Ach, było to coś strasznego – złe wspomnienie, którego nie mogę jednak zapomnieć.

Jeden z mężczyzn złapał tego oszalałego konia i zatrzymaliśmy się. Twarz i ciało mojej przyjaciółki strasznie spuchły, nim rozbiliśmy namiot. Usiłowaliśmy powyciągać igły kaktusów. Staraliśmy się to robić jak najszybciej, ale tymczasem moja przyjaciółka zmarła. To zasmuciło mnie na całą jesień, a nawet zimę. Siedziała smutno przez chwilę. Po chwili zobaczyłem, jak unosi głowę, nasłuchując stada koni pędzonego za szkołą.

– Opowiadałam ci już, jak koń ojca do polowań na bizony uciekł ze mną? – zapytała, jakby odgłos kopyt przypomniał jej tę historię.

– Nie – zaprzeczyłem.

– Gniadosz maścią przypominał jelenia i był naprawdę szybki – podjęła, znów pełna życia. – Ojciec mawiał, że w całym plemieniu Wron nie ma szybszego i bystrzejszego konia niż jego wierzchowiec do polowań na bizony. Sądzę, że ukradł go Lakotom. Był zawsze dobrze odżywiony i pięknie się prezentował. A był tak spokojny, że nawet małe dziecko było na nim bezpieczne. Ale jak już zaczął biec za bizonami! Ach, wtedy robił się naprawdę dziki, szalony. Nawet silny mężczyzna nie zatrzymałby go, gdy już ruszył za bizonami.

Mój ojciec nigdy nie jeździł na nim podczas przenosin obozu, nie marnował go w głupi sposób, więc czasami po dłuższym odpoczynku koń był nawet zbyt żwawy. Pewnego ranka, gdy przenosiliśmy obóz, ojciec pozwolił mi przejechać się na gniadoszu. Miałam dopiero dziesięć lat i nie mogłam być dla niego ciężarem. A jednak moja jazda na nim tamtego dnia to było coś.

Przenosiliśmy się ze Zgniłej-trawy do Trawy-namiotów. Byłam z siebie tak dumna, że nie mogłam doczekać się odszukania paru koleżanek, żeby mogły podziwiać szybkiego konia do polowań na bizony, należącego do mojego ojca. Razem czekałyśmy, aż ruszą włóki, a wtedy jeździłyśmy to tu, to tam, a nawet zatrzymywałyśmy się, by pokopać piłkę. Gdy słońce było w połowie drogi, natknęłyśmy się na bizony, a wiele krów miało obok siebie cielaki. Pomyślałam, że schwytam jakiegoś cielaka – ot tak, na pokaz. Popełniłam wielki błąd, kierując konia w stronę stada.

Zorientował się, że pewnie chcę cielaka i wybrał dla mnie jednego, dobrą tłustą sztukę. Zarzuciłam na niego rzemień, ale chybiłam. Gniadosz trzymał się cielaka, jak żaden inny. Nim zorientowałam się, co się dzieje, znalazłam się w środku stada na koniu pędzącym niczym wiatr za cielakiem, unikającym setek krów i cielaków, i nie zamierzającym odpuścić temu, którego wybrał. Puściłam wodze, na szczęście krótkie, by przytrzymać się siodła. W każdej chwili mogłam dotknąć cielaka ręką, ale już nie chciałam. Rozczarowany, że nie strzelam, gniadosz kopnął cielaka przednim kopytem, powalając go i przeskakując nad nim, by uniknąć upadku.

Gdy to zrobił, krzyknęłam. I to właściwie cała historia. Ojciec, który zastanawiał się, co mogło zatrzymać nas tak długo, wrócił po nas. Odebrał mi jeleniego gniadosza. „Ten koń ma więcej rozumu od ciebie – rzucił. – Uznał, że skoro już trzeba upolować jakieś mięso, to najlepiej zrobi to sam; a wtedy ty wrzasnęłaś” – śmiał się.
Jednak uganianie się za bizonami to męskie zajęcie – dodała Piękna-tarcza refleksyjnie. – Za każdym razem, gdy znalazłam się w stadzie bizonów, chciałam być gdziekolwiek indziej. Dobre konie do polowań na bizony zawsze wpadały w szał, gdy gnały za bizonami. Nawet juczne konie głupiały czasami i myślały, że ścigają bizony – zachichotała.

Przeł. Marek Nowocień

Frank B. Linderman, Piękna-tarcza. Szamanka z plemienia Wron

przeł. Marek Nowocień, TIPI, Wielichowo 2013, Biblioteka „Tawacinu” nr 41, ISBN 978-83-62490-15-8, format 145×205, stron 164cena 19,50 zł

Zamówienia można składać pisemnie, telefonicznie (061) 44 33 058 lub drogą elektroniczną tipi@tipi.pl

Realizacja zamówień w kolejności ich nadsyłania.